czwartek, 5 marca 2015

Święta II

Tommy nic nie powiedział. Chciał, miał przecież nawet taki plan, ale nie wiedział co by to dało. Jedyną osobą, której mógłby powiedzieć byłby Dale, bo on i tak już wiedział najwięcej. Stwierdził jednak, że nic chce, żeby Agnes miała przez to o nim złe zdanie. Choć po tym jak go zapytała, czy pomoże jej odzyskać różdżkę, coś w nim pękło. Wtedy postanowił, że jeśli nadarzy się jakaś okazja, powie co powinien powiedzieć. Nie był aż taki zły, bo Morgan ją uderzył. Był wściekły do granic możliwości, bo wiedział, że tu już nie chodzi o głupią zazdrość o Danielle, tylko o najprostszą nienawiść. Teraz bał się, że może jej coś zrobić i to go bolało.

Dlatego po skończonej rozmowie z Agnes, poszedł poszukać Morgana. Oczywiście nie od razu, bo była zdolna do tego, żeby pobiec za nim. Ruszył dopiero ze swojego pokoju, po powrocie z kolacji.

Odnalezienie go nie było żadnym wysiłkiem. Spodziewał się, że spotkają się na jednym z korytarzy w podziemiach i dokładnie tak się stało. Oczywiście było tam kilku nieświadomych uczniów (i dwuosobowa obstawa Rolsona w postaci Raya Battena i Jasona Rainsa), ale Tommy się tym nie przejmował. Kiedy zbędny tłum zobaczył, jak posyła jednym ruchem ręki dwóch kolegów Morgana na ścianę, postanowił się rozejść. Nikt nie chciał później oberwać za to, że był świadkiem bójki i o niczym nie doniósł.

Tommy nie obawiał się niepowodzenia. Morgan nie śmiał go dotknąć od miesiąca, a przez ten czas zdążył się sporo nauczyć, bo nie należał do tych, co stają w miejscu. Często trenował, pojedynkował się na przemian z Martinem i Dale'em. A przede wszystkim powoli zaczynał nabierać pewności siebie, która pozwalała mu panować nad sytuacją.

Morgan się zdziwił. Kiedy zobaczył, kto wywołał taki hałas, uśmiechnął się drwiąco.

- Wiedziałem że ta mała pójdzie się komuś wypłakać.

- Masz coś nieswojego, Rolson - rzucił zupełnie go nie słuchając. - Oddaj to proszę.

Kątem oka zobaczył, jak jeden z chłopaków zaczyna się podnosić. Nie wiedział kto to, ale automatycznie machnął różdżką na niego, przygniatając do ziemi z taką siłą, że zaczął kaszleć od uderzenia. Tommy zaczął się zastanawiać, czy ta dwójka myśli czasem samodzielnie.

- Czyżby twoja koleżanka bała się sama do mnie przyjść? A chwaliła się tym, co zrobiła Rayowi? Założę się, że on teraz też chciałby jej oddać - odpowiedział wciąż się uśmiechając.

Tommy nie miał pojęcia o czym koleś mówi. Denerwował go ten uśmiech i bardziej z tego powodu, niż ze złości cisnął w chłopaka trzema szybkimi zaklęciami, z których dryblas zdążył odbić tylko dwa. Trzecie trafiło go prosto w mostek. Chłopak poczuł się tak, jakby ktoś sprzedał mu sierpowego prosto w wątrobę. Posłał jedno ze swoich najbardziej irytujących spojrzeń. To zmusiło Tommy'ego do rzucenia kolejnego zaklęcia, prosto w głowę. Chłopakowi zaczęła lecieć z nosa krew. To zmotywowało go do podjęcia pojedynku.

- Powiedz jej lepiej, żeby uważała. Niech trzyma się blisko tego swojego chłopaka.

- Jak nie będziesz jej atakował jak tchórz, to nie będzie miała takiej potrzeby - odpowiedział chłodno na zaczepkę. Widział jak walczy Agnes. Wyglądała mu na rozsądniejszą osobę i dlatego zdziwił się, że dała mu się rozbroić.

Zobaczył jak w jego stronę leci zaklęcie jedno za drugim, w dwu sekundowych odstępach. Odbijał je od niechcenia, były zdecydowanie za wolno rzucane. Szybko mu się to znudziło i posłał serię zaklęć, które działały jak uderzenie o średniej sile. Właśnie ze względu na to, że siłą nie była zbyt wielka, tak łatwo było je rzucać zaraz po sobie. Uchylił się w bok przed urokiem i rzucił zaklęcie pod kątem, tak, że odbiło się od ziemi i trafiło do celu. Rzucał tak większość trudnych zaklęć. Wtedy przeważnie przeciwnik myślał, że Tommy zwyczajnie nie trafił i kiedy zaklęcie zaczynało wędrować w kierunku ofiary, było już za późno na jakikolwiek ratunek. Tak samo było tym razem i dlatego posłał Rolsona aż pod sufit, nogami do góry.

Od czasu do czasu musiał posyłać dwóch dryblasów na ścianę, ale szybko znudziły im się próby wstawania. Jasne włosy przykleiły się do jego twarzy. Z Morganem robił co chciał. Pewnie dlatego tamten przestał się tak uśmiechać. Był tak skupiony na tym, żeby trzymać się na nogach, że zupełnie zapomniał o graniu swojej roli. To było takie proste...

Co chwilę obrywał w różne miejsca, a odbijał może jedną trzecią, z tego co leciało w jego stronę.

Wcześniej nawet nie wiedział, że Tommy potrafi tak dobrze walczyć. W końcu przecież pierwszy raz miał okazję zmierzyć się z nim w pojedynkę. I musiał, przyznać, że nie miał żadnych szans. Jedyne co pozwalało mu jeszcze rzucać i odbijać zaklęcia to szczera furia. Jednak jego przeciwnik dobrze wiedział, co należy zrobić w tym wypadku. Przez cały czas się z nim bawił, żeby go zmęczyć. Tak przynajmniej wywnioskował, bo właśnie oberwał jednym, silnym, oszałamiającym zaklęciem, które rozłożyło go na łopatki. Podnosił się na łokciach, kiedy Tommy rzucił nieznane mu zaklęcie, które przygwoździło go do zimnej, betonowej podłogi. Nie mógł się ruszyć

Poczuł, jak zabiera mu różdżkę Agnes. Wiedział, że ma ją przy sobie. Przewidział to.

- Dzięki za dobrą zabawę - rzucił Tommy na odchodnym. - Wiedziałem, że nie zmarnuję do reszty tego dnia.

Usłyszał oddalające się kroki i gwizdanie. Gdy kroki ucichły, mógł się ruszyć.



Oczywiście, kiedy Tommy podszedł do niej i tak po prostu oddał różdżkę, wkurzyła się. Nie tak to sobie  wyraźnie wyobrażała. To nie była pomoc, tylko wyręczenie jej w czymś, co tak naprawdę powinna zrobić zupełnie sama. Zaczęła żałować, że w ogóle wspomniała o tym, że Rolson coś jej zabrał. Teraz koleś będzie myślał, że chowa się za plecami Tommy'ego.

- Teraz mam dylemat - oznajmiła wściekle. - Nie wiem czy powinnam w pierwszej kolejności sprać tyłek temu dupkowi, czy tobie.

- Gdybyś teraz do niego poszła, byłoby to niesprawiedliwe.

Myśli w głowie Agnes zatrzymały się. Pojawił się zupełnie nowy wątek. Dlaczego to miało być niesprawiedliwe? Co tam się tak właściwie stało? Przecież Rolson nie oddałby po dobroci jej różdżki, więc powoli wykluczała różne opcje.

- Tommy... Coś ty zrobił?

- Tylko trochę gościa znokautowałem, ale to nic powa...

Przerwał, bo oberwał z pięści w ramię. Przeszło mu przez głowę, że dziewczyna ma to już głęboko w nawyku i niedługo zacznie to robić odruchowo. Rozmasował bolące miejsce i posłał jej zdziwione spojrzenie. Był pewien, że z reguły w takim momencie dziewczyny powinny być chłopakom wdzięczne za zemszczenie się na innych kolesiach za ich skopane tyłki, czy coś w tym rodzaju.

- Jak mogłeś to zrobić beze mnie?! - ofuknęła go. Nie wiedział, czy powinien być tym zmartwiony, czy rozbawiony. Jego twarz starała się wyrazić obie te emocje, co dało zabawny efekt.

- Jesteś nienormalna. Poza tym, będziesz miała milion okazji, żeby się mu odwdzięczyć, nie da ci spokoju.

Dla Agnes było to całkowicie normalne. Oberwała, więc chciała żeby teraz ktoś oberwał od niej. Wydało jej się to logiczne i całkowicie sprawiedliwe. Spojrzała na niego nieco protekcjonalnie, przez co uśmiechnął się szeroko i objął ramieniem w przyjacielskim geście. Ona też zaczęła się śmiać.



W sobotę odbył się pierwszy mecz polo. To znaczy, oczywiście pierwszy dla Vivanne, do tej pory nigdy nie wyszła na boisko w czasie meczu, ponieważ musiała mieć czas na to, by się zaaklimatyzować w drużynie, poznać ich zachowania i móc przewidzieć, co kto zrobi podczas gry.

David uznał, że może wziąć udział w meczu, tuż przed wyjazdem do domu. Dla Vivanne był to ostatni, przedświąteczny stres. Właśnie ubierała białe spodnie, pod którymi miała jeszcze co najmniej dwie warstwy ocieplaczy. Do tego na bluzkę konkursową założyła niewiarygodnie grubą bluzę z zamkiem błyskawicznym. Agnes starała się nie myśleć, ile warstw jeszcze trzyma pod spodem.

- Daj spokój - powiedziała w końcu. - Jak będziesz się tak ubierać, nie będziesz nawet w stanie wziąć porządnego zamachu, a jak już spadniesz z konia, będziesz się toczyć, bo zaczynasz mi przypominać nieźle napakowanego bałwana - zachichotała.

Vivanne posłała jej lodowate spojrzenie.

- To chyba nie jest złe, że nie chcę być chora na święta?

- Tam wcale nie jest tak zimno. Poza tym, podczas gry się zgrzejesz. Ubierzesz to wszystko później, sama wezmę ci tą bluzę i jedną parę tych niewiarygodnie ciepłych spodni.

Vivien zdała się na swoją współlokatorkę i zaczęła zapinać wysokie buty. Ściągnęła na nie nogawki spodni, które obiecała oddać Agnes, przed samym rozpoczęciem rozgrzewki.

Gdy były już w stajni, zniosły przed boks klaczy cały sprzęt. Vivanne wzięła do ręki szczotkę i zaczęła czyścić sierść konia. Do tego z jej ust ciągle leciała wesoła plątanina bezsensownych słów i chichotów. Agnes pomyślała, że dziewczyna na stres reaguje śmiechem i nie uznała wcale, że do źle. Sama wzięła się za zawijanie nóg kobyły, co (wbrew pozorom) wcale nie było tak prostym zadaniem. Bandaże trzeba było zawinąć równo, a do tego nie mogły być one ani zbyt mocno ściśnięte, ani zbyt poluzowane, a sama czynność, była niewiarygodnie długa i nudna.

Uklęknęła przy jednej nodze i rozpięła rzep, który trzymał bandaż zwinięty. Zaklęła pod nosem, kiedy rzep przyczepił jej się do rękawiczki. Zirytowana, szybko ją zdjęła i natychmiast poczuła, jak palce sztywnieją jej z zimna. Dzień nie należał do tych, kiedy nie wystawiało się nosa na zewnątrz, ale jednak kiedy temperatura nie przekraczała minus ośmiu stopni, ludzie z reguły nie preferowali bezpośredniego kontaktu nagiej skóry z zewnętrznym powietrzem.

Do tego, jeszcze kilkanaście minut temu, dziewczyny musiały rozbijać grubą warstwę lodu, która powstała na wierzchu wiaderka z wodą, które miały zamiar przynieść klaczy.

David i Martin stanęli przy wejściu do boksu w tym samym czasie, co Agnes zmieniła nogę.

- Dobrze się trzymasz? - spytał kapitan, patrząc na twarz Vivanne, która wyrażała właściwie wszystkie emocje naraz.

- Chyba lepiej, niż się spodziewałam. Tylko trochę się stresuję i dlatego dużo mówię - uśmiechnęła się niepewnie.

David podniósł i opuścił rękę na ramę boksu, z taką samą siłą, jaką się pieczętuje kopertę z listem. Zastanowił się chwilę.

- Nie martw się - powiedział. - Agnes też tak ma.

- Hej! - krzyknęła protestując. - Ja się nigdy nie stresuję!

David popatrzył na nią pobłażliwie, ale dał spokój temu tematowi.

- Liczę dzisiaj na ciebie - powiedział, odchodząc w kierunku innych zawodników.

- Jeszcze bardziej chcesz ją zdenerwować? - spytał uśmiechnięty Martin i życzył jej powodzenia.

Agnes znowu zmieniła nogę. Vivien w tym czasie zabrała się do zwijania ogona, by nie przeszkadzał podczas gry. Z grzywą nie miała takiego problemu - był zgolona. Większość koni, które brały udział w rozgrywkach miały zgolone grzywy. Nie wszyscy jednak to nie robili i wtedy musieli je również zaplatać, co nie trwało kilka minut, a co najmniej półgodziny.

- Nie chcę dzisiaj niczego zawalić - wymamrotała nagle.

- To niczego nie zawal.

Vivien posłała jej ostre spojrzenie, ale Agnes tego nie zauważyła, bo była zbyt zajęta zawijaniem końskiej nogi.

- Mówił ci ktoś, jak bardzo jesteś beznadziejna w podnoszeniu przyjaciół na duchu?

- Tak - odpowiedziała krótko. - Twój kapitan.

- Czemu mnie to nie dziwi? - spytała Vivien, bardziej samą siebie, niż Agnes. Już zdążyła się bardzo dobrze przyzwyczaić do wzajemnego docinania sobie przez Davida i Agnes. Jednak nie rozumiała tego - sama była jedynaczką i nie miała żadnych kuzynów w swoim wieku. Najmłodszym był Frank, który miał teraz dwadzieścia trzy lata.

Szybko uwinęły się z osiodłaniem klaczy i założeniem ogłowia. Przeszły oblodzonym chodnikiem z kostki brukowej do hali. Agnes nadal to irytowało, że rozgrywki muszą być na hali - to było mało emocjonujące. To znaczy, o ile tak kontuzjogenny sport jak polo, może być mało emocjonujący. Ona sama przywykła do tego, że kiedy jeździła z tatą na zawody, zawsze odbywały się one na śniegu, bez względu na to, jaki by nie był lód na zewnątrz, Oczywiście wtedy wkręcało się koniom w podkowy specjalne śruby, które nie pozwalały się zwierzętom ślizgać.

Przejęła od Vivien całą warstwę wierzchnią. Teraz dziewczyna została w samym stroju startowym i bluzie, którą zrzuci przed rozpoczęciem zawodów, jak wielu innych zawodników.

Obydwie drużyny dostały po piłce i zaczynały się rozgrzewać do gry, podając ją sobie i wbijając do bramki, której nikt nie bronił, bo w tej grze bramkarza nie było. Trzeba było tak grać, aby nie dopuścić przeciwników do swojej bramki, szczególnie, kiedy mają piłkę. Wbijać gole do bramki można na każdy sposób, nawet w nią wjeżdżając.

Odnalazła na widowni Danielle i ruszyła w jej stronę. Ludzie szybko się schodzili i wiedziała, że za chwilę wcale nie będzie mogła się ruszyć.

Dostrzegła w rękach współlokatorki aparat. To się Vivien ucieszy...

- Nie wiedziałam, że przyjdziesz.

- Ja też - uśmiechnęła się Danielle. - Ale stwierdziłam, że i tak nie dam rady nauczyć się do testu z historii, więc postanowiłam bardziej produktywnie spędzić ten czas. To w końcu pierwsza poważna gra naszej małej Vivien - dodała szeroko szczerząc zęby, na co Agnes odpowiedziała tym samym.

Kilka dni wcześniej, usłyszała od kuzyna, że grają z "Diabłami z Gór". Była to jedyna drużyna, prócz ich własnej, której członków znała osobiście. Konkretniej trzy osoby - Brada, Beth i Leo, ale to już trzy czwarte składu. Widziała też, że niedaleko stoi Tommy, ale nie brał czynnego udziału w rozgrzewce, tylko pomagał innym członkom drużyny. Agnes wiedziała, że chłopak gra w polo. Grał mniej więcej na tym samym poziomie co ona. Obydwoje mieli dobrą równowagę, ale właściwie prawie na tym ich zalety się kończyły. Potrafili wykonać bezbłędnie kilka podstawowych uderzeń malletem o piłkę i mieli nieprzeciętną koordynację ruchową, co wiele ułatwiało, ale brakło im zapału i talentu, co czyniło ich tylko przeciętnymi graczami.

Dopiero po chwili zrozumiała, czemu Tommy nie będzie grał - zastępował go przecież Leo, którego nigdy wcześniej nie było. Albo zmienili zawodników w pierwszym składzie, albo chcieli go po prostu wypróbować na boisku.

- Patrz, już się ustawiają - powiedziała zadowolona Danielle, wskazując palcem na boisko. Drużyny z obu stron zaczęły zajmować umówione pozycje.

Beth przeturlała piłkę malletem na środek boiska. Chwilę jeszcze trwało małe zamieszanie, zanim wszyscy ustawili się na swoich miejscach. Agnes przyglądała się boisku, które było teraz podzielone na dwie części, przez dwie drużyny. Jedna strona była czerwona (to na nich liczyła), a druga ciemnoniebieska. Tej drugiej przewodził jej kuzyn oczywiście.

- Dzisiaj rozegramy ostatni mecz przed świętami - odezwał się radiowy głos Chestera Hearda, komentatora. Chłopak miał szesnaście lat i w zeszłym roku grał w klasowej drużynie "D", czyli w "Karłowatych Skrzatach", ale wypisał się ze względu na rodziców. Uznali, że gra jest zbyt niebezpieczna i zabronili mu grać. Oczywiście, jak przystało na piętnastolatka, to Chesterowi nie starczyło i przez dłuższy czas brał udział w treningach i rozgrywkach, dopóki jego rodzice nie dowiedzieli się, że wraz z drużyną wygrał finały szkolnych mistrzostw. To nie pomogło chłopakowi w przekonaniu rodziców, że jest w tym rzeczywiście dobry, wręcz przeciwnie - napisali do dyrektora pisemny list, że zabraniają synowi tej gry zespołowej. Od czasu do czasu brał udział w towarzyskich rozgrywkach i treningach, ale po za tym zajmował się komentowaniem meczów. - Dziś grają ze sobą "Pogromcy Gnomów" oraz "Diabły z Gór"! To już czwarty mecz ćwierćfinałowy. Przypominam, że Diabły mają już na swoim koncie dwa zwycięstwa i zapewnioną pozycję, a Pogromcy nadal muszą walczyć o swoje miejsce w półfinałach.

Rozległ się dźwięk gwizdka, ogłaszający początek meczu. Pierwszy do przodu ruszył David, zagalopowując na zadzie i wyrywając się do piłki. Dzięki dynamicznym susom swojego ogiera, był o kilka ułamków sekund szybciej od Brada i już kierował się w stronę bramki. Prowadził piłkę koło dziesięciu sekund, po czym zupełnie znikąd na jego drodze pojawił się Leo. Nie było trudne, dla tak doświadczonego zawodnika jak David, zmylić przeciwnika.

- Morton wykonuje czyste podanie do Reeda, który przyjmuje piłkę i już kieruje się do bramki przeciwnika... zostało mu trzydzieści metrów, dwadzieścia pięć... czy zaryzykuje strzał z tej odległości? - Dale wywinął młynka malletem, uderzając w piłkę, by podać ją prosto do Matrina. - I płynne przechwycenie przez Chrisa Krugera z drużyny Diabłów. Natychmiast odrzuca piłkę do Beth, która robi zjawiskowy zwrot na zadzie, by pokierować się... ten zwrot jednak wymagał zbyt wiele czasu i Matrin Flanghan przejął piłkę. Jest zdecydowany w tym co robi, naprawdę szybko kieruje się w stronę Mortona i przygotowuje się do podania.

Martin uderzył w piłkę z taką siłą, że ledwo sam David dał radę ją przejąć w wolnym galopie. Przyspieszył tampa i trzymając wodze w lewej ręce, uderzył młotkiem prosto do bramki.

- Pierwszy gol dla Pogromców! - krzyknął Chester, tak, że dało się usłyszeć w jego tonie głosu chrypkę. Trybuny zerwały się z miejsc siedzących i skakały, krzycząc z radości. Oczywiście nie wszyscy. Ta część, która przyszła dla Diabłów siedziała i czekała na swoją kolej.

Danielle pokazała Agnes szybko zdjęcie, jakie udało jej się zrobić Davidowi w momencie, kiedy od uderzenia dzieliły go najmniejsze ułamki sekundy, a jego koń był w fazie zawieszenia. Dostrzegła też w tle zachwyconą Beth. Tego typu reakcje nie były dla niej żadną nowością. Wiedziała, jak dobrze wygląda jej kuzyn podczas gry. Chociaż nie tyle chodziło o samą jego postać, co o ogiera - Armagedona, który mierzył około metr siedemdziesiąt pięć. Był najwyższym koniem, który był używany do gry w polo i jakiego widziała na oczy. Konie do rozgrywek przeważnie miały po metr pięćdziesiąt pięć, ewentualnie sięgały do metra sześćdziesięciu.

Przez tłum wrzeszczących nastolatków przebiła się Lana z Evą, koleżanką z klasy. Na ich twarzach malowały się szerokie uśmiechy.

Agnes znowu skupiła się na grze. Minęły już trzy minuty. Piłka znalazła się na środku boiska, a drużyny zamieniły się stronami. David znów pierwszy dobiegł do piłki i precyzyjnie prowadził ją blisko siebie, by po chwili podać ją do Vivien, uderzając młotkiem pod szyją konia.

Dziewczyna wyłączyła wszystkie swoje emocje. Rzadko jej się to udawało, ale tym razem była oazą spokoju i odnosiła wrażenie, że na każdy swój ruch ma całą wieczność. Widziała w zwolnionym tempie, jak zbliża się do niej piłka. Wymierzyła odległość, skróciła wodze konia, siadając bardziej w siodło i cofając ramiona. Teraz krok klaczy stał się krótszy, ale tak samo dynamiczny. Przejęła płynnie piłkę i lekko popuściła wodze, dodając koniowi łydki, by teraz przyspieszył. Toczyła piłkę wypatrując pozostałych członków. Najbliżej znajdował się Dale, ale do Martina miała prawie czystą drogę.

- Ramirez czyste podanie do Flanhgana, Flanghan do Reeda i... wyjątkowo stylowe przejęcie przez Head'a. Bradley zbliża się do bramki Pogromców zupełnie sam... Morton stara się odebrać piłkę, ale zawodnik umyka mu i zmienia stronę prowadzenia piłki na lewą. Nadal całkowicie sam. Nie wygląda na to, aby zamierzał wykonać jakiekolwiek podanie.

Nagle znikąd pojawiła się Vivanne, która prostopadle z lewej pędziła na Brada. Po swojej prawej miał Davida, więc nie mógł tam uciec. Przyspieszenie i zwolnienie nie wchodziły w grę, bo czegokolwiek by nie zrobił, Vivanne by go doskoczyła i miałaby sporą szansą na odebranie piłki. A nawet jeśli nie ona, to David. Dziewczyna widziała go już wcześniej jak grał i wiedziała, że zawsze biegnie do bramki sam. Miał problem z koncentracją i czystym podaniem.

- Head chyba znalazł się potrzasku. Czy będzie nadal próbować dojechać na własną rękę, czy poda do panny Ormond?

Wykonał zamach pod szyją konia i uderzył piłkę w kierunku Beth. Vivanne ze swojej pozycji miała doskonałą okazję aby ją przejąć i podać prosto do Davida. Rozjechała kobyłę, aby przyspieszyła kroku i podawała sobie z Davidem przez jakiś czas piłkę. Przy ostatnich dwudziestu metrach zostawiła go samego, by w razie niepowodzenia przejąć piłkę. Nie było to konieczne, ponieważ David czysto zdobył kolejnego gola, wjeżdżając z rozpędu między tyczki. Usłyszał krzyki z widowni i zasalutował szeroko się uśmiechając.

Piłka znów znalazła się na środku boiska. Znów pierwszy dobiegł do niej David, ale tym razem Brad nie starał się o to z nim konkurować. Zamiast tego, ustawił się tak, aby móc ją odebrać. Zrobił to i podał ją do Leo. Chłopak był trochę zmieszany, ale nikt wokół niego się nie znajdował, by móc wykorzystać tą okazję. Przegalopował z nią kilka metrów i podał do Chrisa. On z kolei podał do Beth, która podała do Brada, a wtedy znajdowali się już przy bramce.

- Bradley Head zdobywa pierwszego gola dla swojej drużyny! - krzyknął Chester, widząc, jak chłopak wpada z piłką z bramkę.

Po tej szybkiej akcji, przy następnym rozegraniu piłki, Davidowi zabrakło półtorej sekundy, aby dobiec szybciej do piłki. Armagedon zaczynał już się męczyć, co oznaczało, że musiała dochodzić siódma minuta meczu.

- Head spokojnie galopuje sam z piłką - skomentował Chester, obserwując swoją wielką, najlepszą gwiazdę. I tu miał rację, Brad był najlepszy. Nie brakowało mu odwagi i kreatywności. Do tego trenował pół swojego życia i kiedy mógł, pogłębiał teoretyczny zakres swojej wiedzy na temat gry. No, ale dzisiaj zdecydowanie nie miał dnia. - Dogania go Vivanne Ramirez, która widocznie ma jeszcze spory zapas energii.

Faktycznie ani Vivanne, ani jej kobyła nie były tak zmęczone, jak reszta graczy. Szybko dogoniła Brada. Chłopak wcześniej poinformowany o tym przez komentatora, zdążył się przygotować i gdy uginała rękę chcąc uderzyć, zrobił unik. Jednak to było to, czego się właśnie spodziewała i dlatego wcale nie miała zamiaru uderzyć, tylko skręcić za nim. Jeszcze zanim się zorientował, że go przejrzała, stracił piłkę.

Wtedy odezwał się gwizdek, kończący tą połowę meczu.

- Pierwsza połowa zakończyła się z wynikiem dwa do jednego dla Pogromców.

Agnes widziała, jak ktoś z drużyny już przyprowadza drugiego konia dla Davida. Tylko Vivanne, Leo i Dale pozostali przy swoich wierzchowcach. Przeniosła wzrok na Danielle i jej stary aparat. Nie wiedziała nawet, że na tak wiecznym urządzeniu można oglądać zrobione zdjęcia, nie wywołując ich. Większość z nich przedstawiała Brada, albo Davida. Po nich, często pojawiali się Dale i Martin, a później Vivanne i kilka pojedynczych zdjęć innych zawodników.

Wdała się w dyskusję z Danielle, Laną i Evą.

Druga połowa całkowicie zmieniła wynik meczu. Na początku piłkę przejął David i podał do Vivanne. Pogromcy przez chwilę podawali sobie piłkę, a kiedy David strzelił do bramki, Chrisowi udało się wtargnąć na tor strzału i gola nie zdobyto. Podał do Beth, która odbiła w jego kierunku. Znów uderzył w jej stronę, a ona w stronę Brada, który wbił piłkę między tyczki, mimo tego, że przeszkadzał mu Martin.

Następna rozgrywka wyglądała podobnie.

W trzeciej akcja była nieco bardziej rozwinięta, ponieważ Dale i Martin dłuższy czas trzymali piłkę tylko dla siebie. Później odebrała ją Beth i zrobiło się zamieszanie, bo wszyscy odbierali sobie piłkę, aż na końcu Vivien znalazła okazję i odbiegła od grupy i strzeliła gola.

Mecz zakończył się zwycięstwem Diabłów z wynikiem pięć do trzech. Agnes to nie zdziwiło, bo wiedziała, że jest to najlepszy skład, choć nie tak zgrany jak ich. Martin i Dale często się obijali i przepuszczali wiele dobrych okazji do przejęcia piłki, bądź nie chciało im się jej utrzymać. Nie było tak zawsze, ale uznała, że dziś grają tak pewnie dlatego, że już czują świąteczną, leniwą atmosferę.



Do zamku przyszły z Martinem, Dale'em i Davidem, który pochwalił Vivanne za pierwszy udany mecz. Obiecał nawet postawić jej piwo przed świętami za świetną grę, na co zaproponowała przyszłą sobotę. Agnes już miała się cieszyć, że będzie miała chwilę spokoju, gdy dowiedziała się, że znów spotkają się całą grupą i ona również powinna się tam znaleźć.

Weszły w dobrych nastrojach do pokoju.

- Nawet masz pamiątkę - zaśmiała się Agnes. - Danielle cały czas robiła wam zdjęcia i muszę przyznać, że nawet dobrze jej wychodziły.

Vivien słuchała co się do niej mówi jednym uchem. Bardziej interesowała ją koperta i pakunek na jej szafce nocnej przy łóżku. Agnes teraz też zwróciła swoją uwagę na dwa nowe przedmioty. Ruda szybkim krokiem do nich doszła, by jak najszybciej odczytać list. Nie spodziewała się nikogo, kto mógłby teraz do niej pisać. Agnes usiadła na jej łóżku i podparła się z tyłu rękoma. Vivien tego nie zrobiła, bo ciągle miała na sobie brudne ubrania po grze.

Jej ręce jeszcze były sztywne od zimna i dlatego chwilę się mocowała z kopertą. Wyjęła mały kawałek papieru, z niewielką ilością wykaligrafowanego tekstu. Przesuwała wzrokiem po treści. Nie była zbyt zadowolona, więc Agnes spojrzała na nią pytająco.

- Zostaję tu na święta. Tata został zaproszony na wigilię z byłą kadrą, a mama jedzie z nim. Napisali, że bardzo przepraszają, ale nie mogą mnie zabrać, bo to prywatna impreza i obiecają mi to wynagrodzić - powiedziała przedrzeźniając słowa rodziców napisane na kartce papieru, którą trzymała w prawej ręce. Po chwili lekko się uśmiechnęła i wskazała na pakunek. - Przysłali mi prezent... jeden, drugi dostanę, jak przyjadę do domu.

Agnes podała jej paczuszkę, która mieściła się na otwartej dłoni. Vivien rozerwała papierek i otworzyła pudełeczko, szeroko się uśmiechając i pokazując prezent Agnes,

- To zegarek ze sklepu cioci Katy - wytłumaczyła. - Mają własny firmowy sklep na Wyspie Elfów.

Agnes wpadł do głowy genialny pomysł. Już wiedział, co kupi ojcu na święta.

- Myślisz, że załatwiłaby mi coś dla taty?



Ostatni tydzień był morderczy dla wszystkich bez wyjątków. Nauczyciele zorientowali się, że nie mają z czego wystawiać uczniom ocen i zaczęli robić pełno sprawdzianów.

Agnes w tym czasie nie odrywała nosa od książek. Była kompletnie do tyłu z teorią magii. Już wcześniej stwierdziła, że tego nie da się nauczyć i ciągle odkładała ten przedmiot na sam koniec, aż w końcu była wszystkim innym tak wykończona, że nie miała na to siły. Teraz to się na niej zemściło, bo kiedy chciała zacząć uczyć się do egzaminu, uświadomiła sobie, że nie rozumie ani słowa z książki, którą czytała. Nawet nie wiedziała, że mają coś takiego w programie nauczania. Próbowała się tego nauczyć na pamięć, ale gdy opanowała już jedną regułkę, zdała sobie sprawę z tego, że mówi kompletnie bez sensu.

Wydała z siebie pomruk, który świadczył o tym że się poddaje. Postanowiła przejść się po szkole, żeby odetchnąć i oczyścić umysł.

Coś ją zaprowadziło w stronę gabinetu dyrektora. Oczywiście tam nie weszła, tylko skręciła w jeden z bocznych korytarzy, który był znacznie ciaśniejszy od innych. Nie było tam nikogo. Dopiero wtedy oprzytomniała. Znała to miejsce. Pierwszego dnia została zmuszona do tłumaczenia się przed dyrektorem (głupia blond zdzira) i wtedy się zgubiła trafiając do tego miejsca.

Pamiętała doskonale ten mur i wiedziała, że stoi gdzie powinna. Uprzednio się upewniając, że nikt na nią nie patrzy, weszła w ścianę, przenikając przez nią.

Musiała wypowiedzieć zaklęcie, które sprawiło, że czubek różdżki zajął się płomykiem ognia. Wystarczyło, żeby widzieć własne stopy. Szła żwawym krokiem, bo szybko zaczynało jej brakować tlenu, a wijący się korytarz miał kilkadziesiąt metrów. Kiedy dotarła do drzwi, poczuła nawet kropelki potu na czole od ekscytacji i pośpiechu.

Naciskając na klamkę, ogarnął ją powiew lekkiego, przyjemnego chłodu.

Sala od czasu jej ostatniej wizyty nic się nie zmieniła. Nadal było tu dokładnie tyle samo pajęczyn, a dokładnie tak samo porzucone meble były okryte identyczną warstwą kurzu, co kilka miesięcy temu.

Jednak nie przyszła tutaj, żeby popatrzeć na artystyczny nieporządek, późnym wieczorem w blasku pełnego księżyca i świec, tylko ze względu na fortepian.

Podeszła do niskiej etażerki i wzięła do ręki świeczkę, która przytwierdzona była do małej podstawki z uchwytem, łudząco podobnym do ucha od filiżanki. Zapaliła ją płomieniem z różdżki, którą zaraz po tym zgasiła. Świeczkę postawiła na fortepianie i otworzyła pokrywę, odsłaniając tym samym całe wnętrze instrumentu. Usiadła zadowolona na stołku i odsłoniła drugą pokrywę, tą która jako jedyna dzieliła ją od czarno-białej klawiatury.

Przez chwilę podziwiała widok swojej ręki na klawiszach. Padał na nie od tyłu blask księżyca, a od przodu niepewne, migoczące, ciepłe światło świeczki. Szybko znudziła się samym patrzeniem i chciała od tej chwili wyciągnąć więcej. Przesortowała swoją pamięć i szukała różnych utworów, które mogłaby teraz zagrać.

Przypomniała jej się nagle jeden utwór, który był idealny. Położyła dłoń z długimi palcami na odpowiednich klawiszach. Zaczęła sama prawa ręka od delikatnej melodii, na którą składało się kilka powtarzających nut. Później lewa ręka zaczęła grać powoli akordy, rozbite na dwie części, a za którymś nawrotem, rozbiły się na pojedyncze dźwięki i były grane nuta za nutą. Zagrała kilka powtórzeń.

Melodia powoli zwalniała, aż całkiem ucichła.

Zaczęła nowy temat, zupełnie inny i żwawy, choć był to cały czas ten sam utwór, w tej samej tonacji. Nie odpłynęła razem z graniem. Nigdy nie odpływała, bo była nauczona trwać w wiecznym skupieniu. Ale czuła, że muzyka ją wciąga i znalazła się myślami we własnym domu. Uśmiechnęła się sama do swoich wspomnień. Często to grała podczas świąt i dlatego teraz poczuła jeszcze mocniej ich klimat. Przypomniała sobie długie wieczory z tatą, w ogromnym salonie. Kiedy siedziała przy fortepianie, po lewej stronie miała drzwi balkonowe, przez które mogła patrzeć na biały puch, na wprost, stała kolorowa, gęsta choinka, a za nią trzaskał ogień w rozpalonym kominku, dając ciepłe światło. Za jej plecami stał stół, od którego dopiero co odeszła po zjedzeniu kolacji, którą sama z tatą przygotowała. Przeważnie czuła jeszcze zapach pierników.

Dlatego też, gdy grała, zaczęła myśleć o tegorocznych świętach, Zastanawiała się, jak je spędzi, gdy przyjadą jeszcze jej przyjaciele ze szkoły i Lea, którą widziała tylko raz w życiu. Myślała o tym, co mogłaby przygotować do jedzenia. No i oczywiście nie była w stanie wyobrazić sobie za to wigilii bez taty. Nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że nagle wypadłaby mu jakaś ważna sprawa i ona zostałaby sama w domu. Pomyślała nawet o tym, co on przygotował jej w ramach prezentu świątecznego.

Doszła do punktu kulminacyjnego utworu i skupiła się na graniu. Nie pamiętała tych nut, grała tylko dzięki temu, że jej palce pamiętały. Gdyby przerwała, trudno byłoby jej wrócić do tego momentu i grać dalej. Wsłuchiwała się w melodię prawej ręki i jej najwyższe dźwięki. Grać uczyła się sama i uważała, że szło jej to całkiem dobrze.

Znów zaczęła zwalniać i wróciła do tego samego momentu, od którego zaczęła, by teraz skończyć nim utwór. Tego jej brakowało - grania.

W pokoju spędziła jeszcze dwie godziny, zanim wstała od instrumentu i zauważyła schody. Były to delikatne, drewniane stopnie bez zabudowania, przeważnie spotykało się takie, kiedy prowadziły na strych. Łatwo można je przeoczyć, ponieważ kryły się pod grubą warstwą kurzu.

Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie postanowiła sprawdzić co jest na górze. Wzięła do ręki świeczkę i wyjęła różdżkę z paska od spodni. Za każdym razem, kiedy postawiła nogę na schodku, towarzyszyło temu głośne skrzypnięcie. Już uwielbiała to miejsce - miało klimat.

Stanęła na górnej podłodze i starała się przyzwyczaić oczy do mroku. W tym celu, oddaliła od siebie rękę ze świeczką, tak by nie widziała płomienia bezpośrednio przed sobą.

Bez wątpienia kiedyś musiał być tu strych. Pierwszy raz w życiu widziała większy bałagan niż w pokoju Davida. Stwierdziła, że jeśli będzie miała kiedyś na to czas, będzie musiała przejrzeć te rzeczy, bo na pierwszy rzut oka ją intrygowały. Teraz bardziej zainteresowała się drzwiami.

Ostrożnie zbliżała się w ich kierunku, wsłuchując się tylko w skrzypienie podłogi, które rozrywało ciszę. Położyła świeczkę na jednym ze stolików i ją zgasiła, zapalając na powrót różdżkę. Nacisnęła klamkę.

Uśmiechnęła się szeroko. Znalazła się na jednym z korytarzy, które prowadziły skrótem do jej pokoju. Przeszła przez drzwi i zamknęła je za sobą. Nie było już takiego ruchu jak w momencie, kiedy poddała się w walce z nauką. Było już bardzo późno i wszyscy byli już w swoich pokojach. Była już noc, prawdopodobnie niedużo pozostawało do północy.

Wróciła do pokoju i poszła spać. Pierwszy raz od kiedy zaczęła chodzić do tej szkoły usnęła tak szybko.

czwartek, 12 lutego 2015

Święta I

Zmieniłam szablon, na poprzedni, bo uznałam, że chwilowo chyba lepiej oddaje opowiadanie :P.Widzę, że jakiś miesiąc, minie rok od mojego pierwszego postu. Aż mi wstyd, jak widzę, że napisałam dopiero tylko tyle. Właśnie kończą mi się ferie, ale wciąż pozostaje mi weekend, na dopisanie kilku rzeczy, a mam cały stos pomysłów. Muszę to trochę nadrobić. I proszę wszystkich czytających o jakąś opinię, bo, ludzie, trudno jest pisać do ściany. A przecież w pisaniu chodzi o to, żeby mieć dla kogo pisać:).



Pierwszy śnieg spadł już pod koniec listopada. W dodatku był przymrozek, co pozwalało na wszelkiego rodzaju zabawy śnieżne. Mimo, że najmłodsze osoby miały po czternaście lat, nie brakło chętnych do lepienia bałwanów, zjeżdżania z górek i bitew z udziałem w kulek ze śniegu. Nagle wszyscy uczniowie cofnęli się o kilka lat i bawili się, aż zbrakło im sił. Gdy tylko powróciły - zaczynali się ganiać na nowo. Nawet trzech nauczycieli wyszło razem ze swoimi uczniami, brać udział w bitwie śnieżnej, w tym ponad pięćdziesiącioletni profesor Gilbert, który nauczał alchemii.

Oczywiście kiedy Danielle zaproponowała wyjście po śniadaniu na zewnątrz, nie było żadnych sprzeciwów. Wszyscy ubrali się w kurtki, czapki, szaliki i rękawiczki, po czym wyszli na dziedziniec, gdzie panowało istne szaleństwo. Wyszli wszyscy z ich paczki: Vivanne, David, Tommy, Shawn, Dale, Agnes, Martin i oczywiście sama Danielle. Tommy szybko przywykł do towarzystwa i stał się jednym z nich. Był wdzięczny, Agnes i Dale'owi, że przez cały czas milczeli i nie pisnęli nikomu ani słówka o małym incydencie podczas halloween. W ogóle zdawali się o tym całkowicie zapomnieć, nie posyłali mu nawet porozumiewawczych spojrzeń, co bardzo doceniał. Nie chciał się czuć jak prawdziwa sierota. Potrafił o siebie zadbać. Potrzebował tylko... trochę czasu.

Pierwszą osobą, która rzuciła śnieżką, była Agnes. Oczywiście jej pierwszą ofiarą był David, bo było do przewidzenia. Chłopak dopiero po czasie przypomniał sobie, że przecież należy się spodziewać wszystkiego na polu bitwy, szczególnie jeśli jest tu jego kuzynka, która zrobi wszystko by doprowadzić go do szaleńczego stopnia zdenerwowania. Jednak uświadomił sobie to wszystko, dopiero wtedy, gdy jego głowa obróciła się o jakieś pięćdziesiąt stopni pod siłą uderzenia. Agnes głośno się zaśmiała. Ten widok był jak niesamowicie zabawny, że złapała się za brzuch i zgięła w pół, nie mogąc powstrzymać kolejnych ataków śmiechu.

- Takie to dla ciebie śmieszne, tak? Ja ci pokażę prawdziwą zabawę - wymamrotał pod nosem mierząc w jej głowę, kiedy nie była w stanie na niego patrzeć.

Była zdziwiona, kiedy oberwała, ale wciąż się śmiała i obserwowała poczynania kuzyna. Właśnie mierzył w nią drugą śnieżką. Wiedząc, że nie zdąży zrobić nic sensowniejszego, zasłoniła się rękoma i krzyknęła, przyjmując cios. Szybko zabrała się za robienie kolejnej śnieżki. Widziała jak dołącza do niego Matrin krzyknęła oburzona:

- Zdrajca!

Martin zrobił taką minę, jakby chciał powiedzieć "Takie życie", ale szybko się wytłumaczył.

- Zjadłaś moje kanapki.

Zaraz po tym poczuła zimną śnieżkę, trafiającą ją w udo.

- Hej! Sam mi je dałeś!

- Bo mnie do tego zmusiłaś! Jesteś manipulantką!

Wiedziała, że nic jej to nie da, więc zawzięcie lepiła kolejne śnieżki, trafiając na przemian to w Davida i Martina. Widziała jak po jej boku staje Dale.

- I właśnie za to masz u mnie plusa - powiedział mrugając do niej. Ćwierć sekundy po tym, już celował w przyjaciela.

Widziała jak ich grupy się powiększają. W pewnym momencie kilka osób się nawet rozdzieliło i powstały trzy drużyny bojowe. W międzyczasie zdążyli pozdejmować z siebie czapki i szaliki. Tommy, Agnes, Dale i Martin zdjęli nawet kurtki, ponieważ to oni walczyli najbardziej zaciekle. Agnes zrobiła sobie wysokiego kitka na czubku głowy, w którym chodziła niemal zawsze. Jednak po chwili bitwy, nic z niego nie zostało. Nie miała czasu się tym przejmować. Wiedziała jedynie, że kilka kosmyków  przykleiło jej się do twarzy. Nagle wpadła na zupełnie genialny pomysł.

- Osłaniaj mnie! - krzyknęła do Dale'a, który zrobił co kazała. W jedną rękę wsadził różdżkę, by odbijać lecące w jej stronę pociski śnieżne, a drugą prowadził bitwę.
 
Agnes zaczęła lepić stos kulek śnieżnych. Dale efektywnie jej bronił i nikt nie mógł się ani do niej, ani do ich nowego zapasu amunicji dostać. Lepiła je zadziwiająco szybko. Minęło może koło pięciu minut, a miała już ułożony stos, sięgający jej go kolana. To znaczy pewnie gdyby wstała, to sięgałby jej do kolana, bo teraz oczywiście klęczała.
 
Kiedy skończyła, stos sięgał już jej do połowy uda. Dale schował różdżkę do tyłu za pasek i podbiegł do Agnes, uchylając się przed śnieżką rzucaną z ręki brata. Widział, jak Agnes wściekle posyła wszystkie swoje kulki w kierunku Davida. Zaśmiał się na ten widok i sam zaczął z tą samą miną ciskać wszystko co było śnieżne i trafiło mu do rąk, w kierunku Shawna.
 
Davida szybko to zirytowało. Wywnioskowali to po tym, co zrobił, a zrobił to całkowicie niespodziewanie. Nawet Agnes nie wiedziała, że jest zdolny do czegoś tak genialnego, że nawet nie miała szans na to, by choćby pomyśleć o obronie.

W jednym, krótkim momencie David wyjął swoją różdżkę i cisnął zaspę śnieżną prosto w Agnes. Padła zdezorientowana pod jej ciężarem na ziemię. Oczywiście śnieg zapewnił jej bardzo miękkie lądowanie. Miała przykryty cały brzuch, łydki i część twarzy. Jednak nie była to gruba warstwa, dlatego szybko zerwała się na nogi. Spoglądała mściwie na kuzyna. Martin, który stał niedaleko Davida, szybko się odsunął, aby nie stać w strefie zagrożenia. Widział stąd dobrze, że nie spodobał jej się jego pomysł.

- Zabiję cię - syknęła.

W tym momencie wszyscy w pobliżu przerwali swoje czynności, by przyglądać się temu, jak Agnes biegnie w stronę bezbronnego Davida i rzuca się na niego, przez co obydwoje padają na zimny śnieg. David nadal był całkowicie nieświadomy wszystkiego co go otacza, ponieważ zdążył odwyknąć od takich ataków. Nim zdążył ją powstrzymać, zadała mu kilka niegroźnych ciosów w klatkę piersiową i jeden w brzuch, który na chwilę pozbawił go tchu. Wtedy chwycił ją za nadgarstki i stanowczo kazał się uspokoić. Podziałało na krótką chwilę, która pozwoliła mu podnieść się na nogi. Spojrzał na nią z góry. Tego znieść nie mogła. Nim nim sobie uświadomił, że nigdy nie można przy niej myśleć, że jest się na wygranej pozycji, poczuł jak kopie go w kolano z taką siłą, że nie miał szans dłużej utrzymać się na nogach i ponownie runął na ziemię. Agnes zdążyła już dawno się zerwać do pozycji stojącej, kiedy on ledwo uklęknął. To również był błąd, choć zdecydowanie mniejszy, niż gdyby postanowił nadal leżeć. Z góry zaatakowała go ogromna fala śniegu. Stwierdził, że musiała być ona spuszczona z różdżki, co ciśnienie było niesamowicie ogromne. Poczuł nawet lekkie zawroty głowy. Mimo, że już leżał, Agnes nadal zasypywała go śniegiem, aż cały się nim pokrył. Kiedy skończyła, zobaczyła, jak jego ręka przebiła się przez ogromną zaspę śniegu w geście poddania. Pomogła mu dźwignąć się na nogi. W tym samym momencie, wszyscy, widząc, że to już koniec ich krótkiej, osobistej wojny, wrócili do swoich zajęć.

- Jesteś niezastąpiona - powiedział ciężko dysząc, po czym mocno ją do siebie przytulił.

Sama zdziwiła się tym gestem. Uniosła jedną brew i poszukała wytłumaczenia na twarzach przyjaciół. Oni sami wydawali się być mocno zaskoczeni zachowaniem Davida.

- Tak wiem - odpowiedziała jakby ktoś próbował ją uświadomić w tym, że dwa plus dwa to cztery, przez co przytulił ją jeszcze mocniej. - Puszczaj do jasnej cholery, śmierdzisz potem!

Dopiero wtedy ją puścił, jakby w obawie o swoje istnienie. Chyba ta lawina śnieżna trochę go wykończyła...
 
Jeszcze przez godzinę rzucali w siebie śnieżkami, zanim weszli do zamku i doszli do swoich pokoi. Wtedy się rozdzielili. Agnes ciągle pozostawała w towarzystwie Vivien i Danielle. Wszystkie były przemoczone do reszty. Wcześniej, jedna ze sprzątaczek (, które oczywiście sprzątały, używając do tego magii) ofuknęła ich wszystkich za to, że znów wszystko będzie przez nich mokre i czeka ją całe mnóstwo roboty. Dopiero teraz Vivien wpadła na pomysł, aby osuszyć się zaklęciem. Agnes dobrze wiedziała, jak muszą teraz wyglądać jej włosy, więc szybko związała je w koka. Wszystkie miały zamiar wziąć prysznic jeszcze przez obiadem.



Agnes szybko ze wszystkim się uwinęła. Na razie byli tam tylko wszyscy chłopcy i Lana. Szybko podłapała temat rozmowy. Już zaczynały się dyskusje świąteczne.

- A wy co robicie podczas świąt? - spytała Dale'a i Shawna.

- Jedziemy do Davida - odpowiedział jej starszy. - Dokładnie tak samo jak rok temu... i dwa, trzy... w sumie to spędzamy razem święta od jakiś pięciu lat.

Agnes nie wiedziała. Dlatego posłała pytające spojrzenie kuzynowi. Zawsze przyjeżdżali do wujka Luke'a w Wigilię, albo drugi dzień świąt. Nie interesowała się tym, co robią w pierwszy dzień. Dla Agnes i jej ojca to było nic innego, jak wspólne spędzanie czasu, przeważnie w różnych miejscach na świecie.

- Wy też wtedy do nas przyjeżdżacie - powiedział.

- Naprawdę?

- Tata do mnie napisał. No i zapomniałbym, mam list dla ciebie.

Agnes się ożywiła. Minął tydzień od napisania do ojca. To musiał być TEN list, na który tak czekała. Widziała jak David wyjmuje ze swojej torby kopertę i podaje je do ręki. Zachwycona przejęła ją i natychmiast otworzyła. Czuła, jak Tommy zagląda jej przez ramię. Nie miała nic przeciwko temu. Co mogłaby ukrywać?

Droga Agnes,
Przepraszam Cię bardzo, że dopiero teraz odpisuję, ale wcześniej nie miałem czasu, a później zupełnie wypadło mi to z głowy. W każdym razie, pogrzebałem trochę w archiwach i moich starych książkach, myślę, że to może Cię zainteresować.
Podczas drugiego ataku na Evereland, kiedy przyjechał Rhiks Silverven, mówiono, że nie wykonywano niesprawiedliwych wyroków na rodowitym ludzie Everelandu. Być może było to prawdą, ale gdy już ich wieszano - to tylko głową do dołu, by po śmierci, nie mogli patrzeć na niebo i nigdy nie zaznali wiecznego spokoju. Jak dobrze wiesz, sposób umierania i pochówek w tamtych czasach były jeszcze ważniejsze niż teraz, więc kary na pewno były nierówne, wobec pochodzenia. Sposób takiego wieszania zapoczątkował właśnie Silverven. Później był on kontynuowany również przez Sansagów, ale wybili oni tylu Everendlandczyków, że nie bardzo interesował ich sposób, w jaki giną. Znacznie częściej praktykowały to elfy.
To wszystkie informacje, jakie mogłyby się przydać do Twojego wypracowania. Nie mam pojęcia, co mógłbym jeszcze napisać ponadto co wiesz Ty. Mam nadzieję, że dostaniesz dobrą ocenę!
Kocham, Tata.


 - I co tam jest? - spytał zaciekawiony Shawn, który już wyciągał rękę po pergamin. Dała mu go.

- Nie napisałaś ojcu całej prawdy? - spytał Tommy, który czytał wszystko razem z nią.

Agnes się zmieszała. Właśnie szły dziewczyny, by przysiąść się do nich.

- Nie chciałam go martwić i zarzucać informacjami. Ma też swoje życie i problemy, bo akurat wrócił do służby. Może później mu powiem, jeśli okaże się, że to coś naprawdę wartego interwencji.

Oczywiście, że to coś wartego interwencji
 pomyślał Tommy. Ona po prostu oszukuje samą siebie, bo nie chce żeby ją odciągnął od tej sprawy. Zobaczyła jak Lana wstaje i idzie w stronę innych znajomych, rzucając, że zobaczą się później. Zgadywał, ale prawdopodobnie nie chciała zwyczajnie podsłuchiwać Przecież w końcu ona nie miała zielonego pojęcia o tym, czym ich grupa się interesuje.

W tym samym czasie, kiedy Agnes nakładała sobie jedzenie na talerz, David i Shawn wymienili wiedzy sobą porozumiewawcze spojrzenia. Podali kartkę jeszcze Dale'owi i Martinowi, kiedy dziewczyny dosiadły się do nich, zajmując wszystkie wolne miejsca.

- Coś ciekawego? - spytała wesoła Vivien, widząc, że prócz jedzenia mają na stole również list. Ciągle trzymał się jej dobry humor, związany z ich wyjściem na zewnątrz. Po chwili Dale podał jej pergaminową kartkę, by mogła ją pokazać dziewczynom. Szybko prześledziły tekst w milczeniu i oddały go Agnes. I zaczęły wypytywać o różne szczegóły.

Dla Shawna było to na rękę, ponieważ on już miał koncepcję, ale nie wszyscy powinni o tym wiedzieć. Nachylił się do Davida, ciągle obserwując dziewczyny i zaczął ściszonym głosem:

- Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Fałszywy król? To może mieć jakiś związek. Nietolerancja narodowa i tak dalej, nie wiąże ci się to ze sobą? - spytał i widząc, jak chłopak powoli, niemal niezauważalnie kiwa głową, powrócił do swojej pozycji, obserwując dalszy ciąg wydarzeń.

- Myślę, że ktoś chce zwyczajnie dokonać cięć na ludności rodowitych Everendlandczyków - stwierdziła w końcu Agnes.

- Jeśli tak jest, to chyba nie sprawa, w którą możemy ingerować - odpowiedziała jej Vivien. Zdawało się, że spadł z niej ogromny ciężar.

Jednak Dale pokręcił głową.

- Ale nie jesteśmy niczego pewni. Tommy, twój ojciec ma coś nowego?

Do Tommy'ego list przyszedł już w poniedziałek. James Robbins zapewnił syna, że już bierze się za tą sprawę i o niczym podobnym nie słyszał od kilku lat. Zapewnił też, że będzie na bieżąco go informował o tym, co wie.

- Nie, nadal nic.

- Ten list powiększa nasz zakres co do poszukiwania informacji - zauważył Shawn. - Powinniśmy się wybrać do biblioteki i poszukać czegoś o czasach wojennych.

- Ja odpadam - powiedziała Agnes. - Nie wejdę tam szybciej, niż w przyszłym roku. Mogę się założyć, że jeśli jeszcze raz wypożyczę coś, co nie jest związane z programem mojej nauki, ta stara jędza wezwie do mnie egzorcystę - wytłumaczyła urażonym tonem.

- To w sumie nie taki zły pomysł... - David udał, że zastanawia się nad tym co powiedział.

Zupełnie znikąd, w ręku Agnes pojawiła się babeczka, która miała służyć jako poczęstunek po skończonym obiedzie. Takie słodkości pojawiały się często, ale uczniowie przeważnie jedli je w przerwach, pomiędzy popołudniowymi lekcjami. Cisnęła nią prosto w ramię Davida. Siła uderzenia spowodowała, że słodkie nadzienie, które było w środku, wylało się na zewnątrz i pozostawiło czerwone, lepkie plamy na bluzie Davida. Dale, Martin i Shawn zaczęli otrawcie się śmiać.

- Oszalałaś? - krzyknął.

- Zmarnowałam przez ciebie jedzenie - powiedziała, zabierając babeczkę, która był przeznaczona dla niego. W życiu by sobie tego nie odmówiła. I do tego wiedziała, że kuzyn nie będzie się z nią sprzeczał. Zmrużył tylko oczy, obiecując jej tym samym zemstę i zaczął ścierać brud chusteczką, która była przy jego talerzu.

Shawn poklepał go po ramieniu z drugiej strony i pocieszył, krztusząc się przy tym ze śmiechu.

- Naprawdę nie wiem, jak ty przy niej wytrzymałeś

Agnes postanowiła wrócić do swojej ogromnej książki, z której nie wycisnęła jeszcze wszystkiego i wstała.



Tydzień później, w pierwszych dniach grudnia śnieg trzymał się już na stałe. Zdarzały się dni, kiedy jego ilość była optymalna, ale przychodziły też takie, gdy śnieg sięgał po kolana. Takim właśnie dniem była środa. I była to idealna okazja (według profesora Ralulfra i chyba tylko niego) by wyjść na zewnątrz i tego dnia przeprowadzić zajęcia sprawnościowe na śniegu.

Na samym początku postanowił zmordować ich zwykłym biegiem, wokół wyznaczonego terenu. Był dość spory, przynajmniej na tyle duży, że po trzech kółkach, każdy, kto nie miał dobrej kondycji, wymiękał. Oczywiście profesor Ranulfr nie pozwolił im na to i poganiał wszystkich, aż do ukończenia siódmego, morderczego koła. Później, kiedy większość powoli zaczęła rozbierać się z puchowych warstw, przypomniał im o strzelnicach. Ostatnio sporo strzelali z łuku i kuszy na przemian, więc nie szło im tak źle. Oczywiście tym razem każdy starał się dwa razy bardziej, niż na przeciętnej lekcji, bo za trafienie zbyt daleko od celu, groziły im karne kółka biegania w sześćdziesięciu centymetrach śniegu.

Gdy zostało im piętnaście minut do końca lekcji, nauczyciel zażądał aby przeznaczyć je na bieg. Oczywiście nie pozwolił im się rozejść ani sekundy szybciej.

Mimo, że Agnes biegała pięć, lub cztery razy w tygodniu, również czuła potworne zmęczenie. Było jej gorąco, ale mimo to założyła na siebie kurtkę, kiedy szła do budynku. W tym momencie zdecydowanie nie chciała być chora.

- Jak ty możesz tak szybko iść? - spytała ją dysząca Vivien. - Ja już czuję, że mam zakwasy, choć zwykle potrzeba mi na to minimum godziny.

- Ja też - uśmiechnęła się szeroko, pomimo okropnego bólu. - Idę tylko dzięki rozpędowi. Gdybym się teraz zatrzymała, nie wstałabym sama co najmniej do jutra.

 - Nie mogę uwierzyć, że mamy jeszcze popołudniowe lekcje.

- Spokojnie, to wszystko już tylko teoria. Będziemy siedzieć do końca dnia. Bardziej martwię się o ciebie - masz jutro trening polo.

Vivanne przybrała taki wyraz twarzy, jakby miała się zaraz rozpłakać. Ale Agnes wiedziała, że dziewczyna sobie tego nie odpuści. Była zbyt sumienna, żeby pozwolić sobie nie przyjść na trening.

Po prysznicu Agnes czuła się tylko gorzej. Nie wiedziała nawet, że jest tyle mięśni, które mogą tak mocno boleć. Przez chwilę była nawet pewna, że nie wyjdzie na obiad i przeznaczy ten czas na odpoczynek, ale czuła jak wszystkie wnętrzności wręcz jeżdżą po jej organizmie.

Cały zamek przygotowany był już na święta. Prawie we wszystkich klasach i w większości nadających się do tego miejscach stały już ubrane choinki. Oprócz tego, nawet jeśli nie było aż taki zimno, na oknach, w zaczarowany sposób,  malowały się białe wzorki, dokładnie takie same, jakie tworzył prawdziwy mróz. Gdzie tylko się dało, upchnięto świąteczne ozdoby - wieńce, łańcuchy, bombki. Nawet pościele w sypialniach były w świąteczne wzorki. Oczywiście stołówka nie pozostawała w tyle. Wręcz przeciwnie, była najbardziej wystrojona, ze wszystkich pomieszczeń. W końcu zajmowała największą powierzchnię w całym zamku. W prawym rogu na przeciwległej ścianie stała ogromna choinka. Agnes wiedziała, że musiała zostać powiększona magicznie, ponieważ choinki takich gabarytów nie rosły nawet na Wyspie Cienia (gdzie w sumie wszystko było większe niż w każdym innym miejscu na ziemi). Była oczywiście obwieszona łańcuchami i bombkami, a dookoła niej latały światełka, które w tym wypadku zastąpiły palące się świeczki.

Już na samym początku została zasypana informacjami. Do Tommy;ego napisał ojciec. Oczywiście został wcześniej powiadomiony to tym, co napisał Rick do Agnes. Na samym początku, dowiedział się o tym, że podczas świąt zostaje w szkole, bo jego rodzice wyjeżdżają. No ale tego się całkowicie spodziewał. Danielle nawet zaoferowała, że zostanie z nim, ale powiedział jej, że ma jechać do domu.

W każdym razie, dostali nowe informacje. James Robbins przyznał, że wiedział o tym dużo wcześniej, ale nie miał zwyczajnie czasu, by o tym napisać. Przed śmiercią, ofiara była torturowana - na jej ciele znaleziono mnóstwo ran ciętych, a wnętrzności były prawie ugotowane, ale nie spowodowało to śmierci. Zgon nastąpił dopiero po podcięciu gardła. Siedem godzin później.

Jednak Agnes nie spędziła tam tyle czasu, ile by chciała i ile zazwyczaj spędzała. Zaraz po zjedzeniu poleciała do pokoju, gdzie przechowywano wszystkie ptaki pocztowe i skąd odbierało się listy. David powiedział jej, że dostała list od ojca. Wiedziała, że pewnie nie ma tam nic na temat, który bał dla niej w tej chwili najważniejszy, ale i tak była niesamowicie ciekawa, co do niej napisał.

Zielone oczy przyglądały się jej z ukrycia.

Weszła do pomieszczenia i szybko odszukała malutką szufladkę z jej imieniem i nazwiskiem. Wyciągnęła z niej jedyną, zaległą kopertę i rozerwała przy woskowej pieczęci.

Nagle usłyszała, jak ktoś otwiera drzwi. Nie zdziwiło jej to i dlatego się nie odwróciła, tylko zaczęła rozkładać starannie pozginany list. To był błąd. Usłyszała, jak kroki cichną tuż za nią. Już miała się się odwrócić, kiedy ktoś przycisnął jej silną dłoń do ust, uniemożliwiając mówienie i jakikolwiek ruch głową. Na początku poczuła jak oblewa ją gorący strach i wypuściła list z rąk na ziemię. Spanikowana otworzyła szeroko oczy i zaczęła się wyrywać, ale osoba z tyłu była zbyt silna.

- Jak myślisz, co mogę w takiej sytuacji zdobić głupiej dziewczynie, która dwa razy interweniowała w moje sprawy? - z początku nie miała pojęcia kto mówi. Nie była nawet w stanie przypomnieć sobie żadnej osoby, która mogłaby mieć jej coś za złe. Logiczne myślenie całkowicie wysiadło i to właśnie był atut działania z zaskoczenia. Nie pozostawało jej nic lepszego, niż czekać aż emocje z niej całkowicie ulecą.

Poczuła, jak druga dłoń mocno zaciska się na jej prawym ramieniu, niemal je miażdżąc. Gdyby mogła, pewnie jęknęłaby cicho z bólu, szczególnie, kiedy jeszcze do tego miała zakwasy. Ręka szarpnęła, odwracając ją w swoją stronę. Serce zabiło jej mocniej. Znała kolesia. To był ten sam trzecioklasista, który nękał Tommy'ego. Jak mogła być tak głupia! Przecież powinna się tego spodziewać.

W przypływie paniki, odruchowo sięgnęła za plecy po różdżkę. Kiedy trafiła na pustkę, cała krew odpłynęła jej z twarzy. Widziała obrzydliwy uśmiech Morgana, który trzymał w ręku jej jedyną deskę ratunku i przyglądał jej się z zainteresowaniem. Ponad jego ramieniem zobaczyła jeszcze jednego chłopaka, tego samego, bez którego się nigdzie nie ruszał.

Poczuła jego pięść na policzku i nie była w stanie utrzymać się na nogach.  Upadła na małe biurko, z którego spadło kilka rzeczy. Miała wrażenie, że właśnie złamał jej szczękę tym uderzeniem. Podnosząc się na ręce, spojrzała na niego z wściekłością, ale za chwilę zarobiła za to kopniaka w brzuch. Skuliła się i odkaszlnęła. Kiedy przetarła usta dłonią, zobaczyła na niej krew. Było jaj tak ciepło, że czuła, jak do spoconego czoła przyklejają się jej włosy.

Morgan podszedł do niej i chwytając za prawą rękę w miejscu bicepsa, podniósł ją, zbliżając się do jej twarzy. Spojrzała lekko nieprzytomnym wzrokiem. Pojedyncze kosmyki, wpadające w oczy, utrudniały jej to jeszcze bardziej.

-  Obiecałem ci nasze spotkanie, prawda? - warknął, nadal się uśmiechając. - Mówiłem ci, że pożałujesz, głupia suko!

Agnes poczuła jak pięść wwierca jej się w brzuch. Wylądowała na plecach. Mocno uderzając tyłem głowy o podłogę. Jęknęła z bólu. Zaczęła się pojawiać powolutku koncepcja.

- Boli? - spytał pogardliwie. - Przyzwyczaj się.

Chłopak zrobił kilka kroków do przodu. Według planu Agnes, miał odnieść wrażenie, że już się poddała.  Ale ona się nie poddawała, zawsze walczyła do końca. Kiedy uznała, że jest wystarczająco blisko, z całej siły, na jaką mogła się teraz zdobyć, kopnęła go w krocze. To, że trafiła było dla niej niemal cudem, ponieważ zwykle rezygnowała z części siły, na rzecz precyzji. Wiedziała dobrze, że to nie wystarczy, dlatego szybko się podniosła na nogi, zgarniając z ziemi świecznik, który spadł, kiedy ona poleciała na biurko. Trzymając na uchwyt, uderzyła w jego skroń podstawą, tak, że musiał upaść na ziemię, jednak nie stracił przytomności. Agnes, biegnąc w stronę wyjścia, wyciągnęła piętnasto-centymetrowy nóż do rzucania. Chłopak, który stał przy drzwiach, właśnie zdążył się zorientować co się dzieje, kiedy coś ostrego zatopiło się w jego udzie. Ryknął z bólu i oparł o framugę drzwi, przyglądając się swojej nodze z przerażeniem. Agnes biegła, nadal trzymając się za brzuch. Kiedy go doskoczyła, wyciągnęła z jego uda swój nóż i otworzyła drzwi, uciekając w stronę dormitorium. Wiedziała, że za chwilę jeden z nich zacznie ją gonić.

Teraz wiedziała, czemu Tommy nie ma z nimi szans. Ona była dziewczyną u użyła tych ruchów, o jakich on nawet by nie pomyślał. No i do tego zawsze chodziła uzbrojona w noże i wątpiła by on również trzymał blisko siebie takie fanty. Biegła po schodach tak szybko, jak tylko pozwalał jej na to organizm, uświadamiając sobie, że ledwo im umknęła.

Wspólny salon, jak i pokój, który dzieliła z dziewczynami, zastała pusty. Modliła się o to. Nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył ją w takim stanie.

Kiedy sięgnęła po różdżkę, aby zakryć to, co z pewnością powstało na jej twarzy, po raz kolejny tego dnia napotkała pustkę. Zrobiło jej się ciepło. Zapomniała o niej. Morgan cały czas miał ją przy sobie. No tak, teraz ciekawe jak ją dostaniesz z powrotem. Na szczęście w jej głowie wciąż powstawało kilka pomysłów. Dopadła szafki przy łóżku Danielle i otworzyła ją, wyjmując kosmetyczkę. Wiedziała, że tak nie powinna, ale nie miała czasu na szukanie innego wyjścia. Wyciągnęła z niej puder, po czym pobiegła do łazienki, która znajdowała się kilka metrów od pokoju.

Stanęła przed lustrem. Na kości policzkowej i krawędzi żuchwy powoli zaczął pojawiać się siniak.  Rozpuściła kitka i związała go w koka, by móc obmyć całą twarz. Wycisnęła puder na palec i posmarowała nim policzek. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Kilka razy zaklęła, kiedy jej nie wychodziło.

Gdy skończyła, kilka razy stanęła bliżej, lub dalej. Stwierdziła, że na pierwszy rzut oka nic nie widać, rozpuściła włosy, by pomogły zakryć lewą stronę policzka. Przełknęła głośno ślinę i oparła się rękoma o umywalkę. Powoli zaczynało do niej dochodzić to, co właśnie się stało.

Została pobita.

Odwróciła się w stronę drzwi i mocno walnęła pięścią o ścianę. Nie poczuła bólu. Wyszła szybkim i nerwowym krokiem z łazienki, żeby odstawić puder Danielle na miejsce. Miała tylko nadzieję, że nikt jeszcze nie wrócił.

Jak on śmiał?! Jak on w ogóle mógł ją tak zaatakować? To w żadnym przypadku nie kwalifikowało się do normalnego zachowania. To było chore. W całej tej sytuacji była jedna rzecz, która sprawiała, że w pewnym sensie Agnes było do śmiechu. Ten cały Morgan cały czas musiał chodzić z obstawą. Nawet kiedy chciał zaatakować ją - nieświadomą i do tego dziewczynę.

Pokój zwów zastała pusty. Nim odłożyła kosmetyk na miejsce, przelała część substancji do małego pojemniczka, bo była pewna, że będzie tego jeszcze potrzebować. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chwyciła się za głowę z obu stron, jakby to miało kazać jej myślom przestać przewijać się jak na przyspieszonym filmie. Pomogło. Zastanowiła się nad tym, co by w tym momencie zrobiła.

Podeszła do swojego łóżka i wyciągnęła torbę, z którą chodziła na lekcje. Wypakowała z niej stare książki i zamieniła na te, które będą jej potrzebne do popołudniowych lekcji.

Ktoś otworzył drzwi, a Agnes serce podskoczyło do gardła. Prawie krzyknęła.

- Spokojnie - zaśmiała się Vivanne.

Agnes odwzajemniła uśmiech. Nie była osobą bojaźliwą, ani taką którą łatwo zastraszyć, ale cięgle czuła jak jest zdenerwowana. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się stało. Bolał ją nawet od tego brzuch.

- Jakie mamy teraz lekcje? - spytała.

Vivien przez chwilę przybrała skupiony wyraz twarzy.

- Teorię czarnej magii i dwie godziny z Winscentem, chyba geografii, ale nie jestem pewna, dlatego spakowałam geografię i historię.

Agnes zrobiła to samo. Spojrzała na zegarek. Miały jeszcze czterdzieści dwie minuty. Musi koniecznie coś wymyślić, żeby odzyskać różdżkę. Położyła się na łóżku, wyciągając książkę z pod poduszki. Otworzyła ją na stronie, na której skończyła i zaczęła udawać, że czyta. W rzeczywistości obmyślała plan.

Nie miała jak do gościa podejść, bo przecież nie zastanie go samego. No i do tego on miał tą przewagę, że mógł używać różdżki, a ona była bezbronna. Miała tylko swoje noże, a przecież ich nie użyje. Prawda byłą taka, że nie miała żadnych szans. Nie sama.

Do pokoju weszła Danielle z Olivią i kilkoma dziewczynami.

Agnes wyjęła kartkę z notatkami z końca książki i zajęła się czytaniem. Znów spojrzała na swoje paznokcie. Nadal były w opłakanym stanie, choć już nie wyglądały tak, jakby ktoś postanowił je połamać i wyrwać od połowy. Zauważyła też lekkie drżenie rąk. Nadal nie miała różdżki. Za nic nie mogła się skupić na czytaniu. Spojrzała na Vivanne. Ona też siedziała na łóżku, oparta o poduszkę i miała w ręku coś na kształt ołówka, którym coś bardzo zawzięcie kreśliła na białej kartce. Agnes wiedziała, że nie wzięła go z Everelandu, bo nigdzie tego nie spotkała.  Musiała to wytrzasnąć, kiedy była na Wyspie Elfów. Tam było całe mnóstwo takich rzeczy.

Zeszła ze swojego łóżka i ruszyła w stronę rudej przyjaciółki. Dopiero wtedy Agnes zauważyła, że dziewczyna nie ma kartki, tylko cały, duży zeszyt. Jednak nie zdążyła zobaczyć tego, nad czym pracowała Vivien, bo w odruchu szybko zatrzasnęła zeszyt. Czy ona coś ukrywała?

- No daj spokój - mruknęła rozbawiona Agnes. - Czy to jest aż tak tajne?

Vivien się zmieszała.

- Nie, ale... To jest... prywatne – powiedziała uśmiechając się nieśmiało, a na jej policzki wylał się uroczy rumieniec.

Agnes postanowiła nie drążyć tematu, ale usiadła na łóżku zaraz obok przyjaciółki. Zaczęła ją wypytywać na temat świątecznych planów. Wymieniły się zwyczajami, które obowiązują u nich w okresie świąt, tym co zawsze robią, co kupiły rodzinie i przyjaciołom na prezenty. Dopiero wtedy Agnes sobie uświadomiła, że nie ma dla żadnego z nich prezentu. Nie pomyślała o nikim, nawet o ojcu. Tak bardzo przejęła się tym trupem, że zapomniała o tym, o czym w tej chwili powinna najbardziej pamiętać. Na jej szczęście, jeszcze pod koniec tego i przyszłego tygodnia, będzie organizowane wyjście do miasta. Przerażała ją myśl, że za niecałe trzy tygodnie wraca do domu, bo rozpocznie się przerwa świąteczna i wróci do szkoły dopiero po nowym roku.

Była ciekawa tego, jakie plany ma jej ojciec. Często nowy rok spędzali w jakimś dziwnym miejscu, dlatego zastanawiała się co będzie tym razem. I (choć w życiu by się do tego nie przyznała) myślała o tym co dostanie od taty na święta w prezencie.

Nie rozmawiały o niczym konkretnym i tak czas im zleciał aż do momentu, kiedy musiały się wybrać na pierwszą lekcję. Agnes niezwykle cieszyła się, że nie będzie musiała używać na niej różdżki. Gdy sobie o tym przypomniała, znów zrobiło jej się ciepło i poczuła, jak ogarnia ją to okropne uczucie rzeczywistości.



Po dwóch lekcjach z profesorem Winscentem znów o wszystkim zapomniała. Lubiła tego człowieka, był bardzo pozytywny i luźny. Nie była zresztą jedyna. Nie znała w swojej klasie osoby, która powiedziałaby na niego złe słowo.

Gdy weszła do pokoju, wpadła na zupełnie genialny pomysł. Być może i miała takie zakwasy, jakich nie czuła od dawna, ale wiedziała, że to jej wyjdzie na zdrowie. W końcu musiała jakoś dać upust swoim emocjom, których miała w sobie aż nadmiar. Wzięła swoją torbę i upchała w niej wszystkie rzeczy, które miały być jej potrzebne do wzięcia prysznicu i upchnęła tam kilka noży do rzucania. Nikomu nic nie powiedziała. Nim zeszła, przebrała się z luźny dres, bokserkę i okryła gołe ramiona bluzą z błyskawicznym zamkiem. Na koniec upięła swoje długie włosy w wysoką kitkę, całkowicie zapominając o tym, że ma niedokładnie zamaskowany ślad po uderzeniu.

Zbiegła na najniższe piętro, do podziemi i otworzyła odpowiednie drzwi. Nie była tu po raz pierwszy, to miejsce doskonale znała. Przychodziła tu, kiedy uznała, że czuje taką potrzebę, kiedy była zła, albo gdy uznała, że się w tym opuściła i trzeba podszkolić swoje umiejętności.

Była to spora sala, w której był cały świat Agnes. To tu odbywały się wszystkie zajęcia z samoobrony zimą. Uczniowie przychodzili tu, kiedy chcieli poćwiczyć strzelanie z łuku, kuszy, rzucanie nożami, poćwiczyć walkę wręcz, sztuki walki, albo kiedy poczuli, że powinni się podszkolić z szermierki.

Oczywiście nie była tu jedyna. W sali było na oko dziesięciu innych uczniów. Znała tylko Dale'a, który akurat ćwiczył samoobronę, poprzez walkę wręcz, z jakimś gościem, którego widziała tylko kilka razy na oczy.

Ustawiła się naprzeciwko tarczy do rzucania, zaczynając z odległości pięciu metrów i położyła torbę na ziemi. Przypomniała sobie, kiedy dopiero zaczynała się tego uczyć i metr był dla niej tak problematyczny, że trafiała ostrzem do celu może raz na dwadzieścia. Teraz było to dla niej nic.

Nie wyjęła żadnego noża z pasa, czy z okolic kostki. Poza Davidem nikt nie wiedział, że nosi ze sobą noże. Taka wiedza w głowie niepożądanej osoby mogłaby wyrządzić jej wiele szkód. No i przede wszystkim, nie chciała uchodzić za fanatyczkę. Być może nią była, ale nie chciała, żeby też inni to wiedzieli.

Sięgnęła głęboko do torby i wyjęła pięć noży. Przełożyła je do lewej ręki, zostawiając w prawej tylko jeden. Wzrokiem wymierzyła odległość, w jakiej powinna stanąć, żeby nóż nie odbił się złą stroną. Robiła już to naturalnie, takie zachowania weszły jej w nawyk. Chwyciła nóż na ostrze. Zamachnęła się i puściła. Udało jej się tylko usłyszeć trzask, gdy nóż wbił się w cel do połowy ostrza. Z większej odległości wbijał się czasem nawet po rękojeść. Rzuciła kolejnym i kolejnym. Wbijały się jeden obok drugiego. Wyrzuciła ostatnie dwa i podeszła do tarczy, żeby je wszystkie wyciągnąć. Znów się uśmiechnęła, kiedy przypomniała sobie scenę z dzieciństwa, jak nie była w stanie wyciągnąć noża zatopionego w drewnie.

Stanęła kilka metrów dalej. Po dwóch celnych rzutach znów się oddaliła. Wbiła wszystkie pięć i znów podeszła, żeby je wyciągnąć. Nie zauważyła, jak Dale przeciera spoconą twarz i wymienia kilka uwag na jej temat z kolegą.

Zrobiło jej się ciepło i zdjęła bluzę. Dale nadal się jej przyglądał. Zainteresowała go prawa ręka. Na pierwszy rzut oka, nie widział nic, ale gdy spojrzał dokładniej, widział wyraźnie, że ma na niej delikatne zaróżowienie, identyczne, jak na ramieniu.

Stanęła jeszcze dalej i tym razem trzymała za rękojeść. Wzięła zamach i poczuła boleśnie napinające się mięśnie pleców. Trafiła, a nuż zanurzył się aż po rękojeść. Była już kilkanaście metrów od tarczy i za każdym rzutem się oddalała.

Skończyła dopiero, gdy oddała pięć celnych rzutów z odległości dwudziestu trzech metrów.

Dale i Leo cały czas się jej przyglądali.

- Ja mam problemy przy piętnastu metrach - przyznał się Leo.

- Dla mnie ostatnia, pewna odległość to osiemnaście - odpowiedział mu Dale, odprowadzając dziewczynę wzrokiem. - Skubana, jest zdolna.

Agnes czuła się dużo lepiej. Oczywiście nie dała z siebie wszystkiego, ale wystarczająco, by się nieco zmęczyć i spocić. Dlatego teraz kierowała się w stronę pryszniców.

Puściła letnią wodę. Już drugi raz tego dnia poczuła, jak uspokaja jej nadwyrężone mięśnie. Włosy miała związane w wy koka, by ich nie zmoczyć, ponieważ nie miała jak ich osuszyć.

Szybko się umyła i ubrała. Spojrzała w lustro i natychmiastowo zaklęła. Przez pot cały puder, jaki miała na lewym policzku, poszedł w zapomnienie. Malował się tam teraz wyraźny, fioletowy siniak. Rozpuściła włosy i rozczesała je. Zagarnęła wszystko do przodu, ale tak jak się spodziewała - niewiele to dało. Tym razem nie miała żadnego lepszego pomysłu, który mógłby ją uratować. Pozostaje jej trzymać głowę w dole i mieć nadzieję, że nie spotka nikogo znajomego.



Tym razem nie miała tyle szczęścia, co poprzednio, kiedy ukradła puder Danielle. Gdy wyszła z sali spotkała na swoje drodze do pokoju Thomasa. Jednak po chwili namysłu, uświadomiła sobie, że chłopak jest najmniejszym złem z wszystkich osób, jakie mogły na nią wpaść. Ustawiła się tak, żeby mieć go po swojej prawej stronie.

- Nie dajesz sobie spokoju, co? - spytał zaczepnie. - Danielle mi mówiła, że dostaliście dzisiaj prawdziwy wycisk na samoobronie, a ty jeszcze leciałaś na trening?

- To nic – odpowiedziała z uśmiechem. - Vivanne ma jutro trening polo, tam dopiero dostanie wycisk.

- Uuu... - Tommy się skrzywił. - To będzie bolało. Ty jutro też nie masz lekko, bo przecież idziesz się pojedynkować.

Agnes odwróciła głowę i zadarła ją lekko do góry, żeby posłać mu pytający wzrok. Dziwnie się jej przyjrzał. Szybko zorientowała się o co może mu chodzić i znów odwróciła głowę. Nic na ten temat nie powiedział.

 - Klub pojedynków. Jutro musimy tam być - dopiero teraz Agnes uświadomiła sobie, że Tommy należy do klubu pojedynków, chociaż widziała go tam już chyba swojego pierwszego dnia.

- Faktycznie – przyznała smutno. - Jakoś wyjątkowo się nie cieszę.

- Jestem pewien, że gdyby nie to, przyszedłbym pooglądać trening waszej drużyny. Vivien będzie tam umierać. Szkoda, że tego nie zobaczę - powiedział to takim tonem, jakby ktoś właśnie zabrał mu najlepszą zabawkę.

Agnes zaśmiała się.

- Tak, ja też tego żałuję. Hej! - Nagle się ożywiła. - Jeszcze nigdy z tobą nie walczyłam!

- Rzeczywiście. Musimy to nadrobić - zaśmiał się.

Szli jednym z tych mniej uczęszczanych korytarzy. Tommy celowo obrał tą drogę, bo od samego początku mu coś nie pasowało. Kiedy zobaczył, że jest zupełnie pusto, chwycił dziewczynę za ramię i gwałtownie odwrócił w swoją stronę.

W pierwszym momencie Agnes ofuknęła go i spytała czy zwariował, ale później sobie uświadomiła, że doskonale wie dlaczego to zrobił. Szybko odwróciła głowę w drugą stronę, ale było już za późno. Tommy delikatnie chwycił ją za podbródek i powoli odwrócił tak, by zobaczyć interesujący go policzek. Gdy podniósł drugą rękę, by odgarnąć zakrywające część włosy, zaczęła się wyrywać i wzmocnił uścisk i syknęła z bólu.

- Uspokój się - upomniał ją surowo.

Na korytarzu było wystarczająco jasno, by mógł zobaczyć siniaka. Po czasie stwierdził, że do zobaczenia go, nawet nie potrzebowałby światła. W miejscach, gdzie najbardziej wystawały kości był już ciemniejszy. Wiedział, że za dzień, lub dwa będzie ciemnofioletowy. Reszta była zwyczajnie posiniaczona. Na pewno nie wyglądało to dobrze. Wypuścił ze świstem powietrze. Wiedziała, że jest zły i wiedziała dlaczego. Obwiniał siebie, że oberwała za to, że się za nim wstawiała. Oberwała za niego. To jednak nie powstrzymało jej przed podejmowaniem prób ratowania sytuacji. Uśmiechnęła się szeroko i powiedziała wesoło:

- Wiem, że jestem sierotą. Poślizgnęłam się dzisiaj i spadłam ze schodów jak szłam...

Nie wytrzymała ostrego wzroku, jakim wciąż mierzył ją Tommy i przerwała. Jednak nie spuściła oczu, nie pozwoliłaby sobie na to.

- Tak to ma działać? - spytał chłodno. - Teraz ty będziesz obrywać? Jak już się w coś pakujesz, to chociaż bądź gotowa na konsekwencje i spodziewaj się ich - przez chwilę mierzył ją tym wzrokiem. Później postanowił przejść do konkretów. - Kiedy?

Agnes miała związane ręce. Mogłaby zacząć krzyczeć i nie podać mu żadnych informacji, co pewnie normalnie by zrobiła, ale wtedy nie miałaby co liczyć na to, że będzie siedział cicho i nikomu o tym powie. Jeszcze była jakaś szansa.

- Po południu. Jak poszłam przeczytać list od ojca.

- Co ci jeszcze zrobił?

- Nic.

Widziała jak szczęka Tommy'ego się zaciska.

- To była całkowicie moja wina! - powiedziała szybko w obawie, że zrobi coś głupiego. - Po prostu jestem niewygadana i powiedziałam o kilka słów za dużo.

- Tak to był twoja wina - odpowiedział tak delikatnie, jakby mówił coś do dziecka, co zupełnie zbiło ją z tropu. Pierwszy raz widziała go z taką miną. - To była twoja wina już wtedy, w stajni - przypomniał jej o ich pierwszym spotkaniu podczas szlabanu. - Później, w halloween, tylko go zmotywowałaś.

Agnes nerwowo nabrała powietrza i nerwowo je wypuściła. Znów czuła się przerażona. Tym razem jeszcze mocniej.

- Tylko proszę cię, nie mów im nic - błagała. Nie chciała awantury. Jeśli się wygada, zna zakończenie tej sytuacji aż za dobrze. Przy odrobinie szczęścia może jej ojciec o niczym by się nie dowiedział, ale David z całą pewnością zrobiłby coś głupiego, a dla niej nie był to powód, do robienia jakiejkolwiek, nieprzemyślanej rzeczy.

Zgodził się i zaczął powoli odchodzić.

- Tommy? - spytała nieśmiało. Była naprawdę zdesperowana, że o to prosiła. - Możesz mi w czymś pomóc?

wtorek, 10 lutego 2015

Względny spokój

Listopad dla Agnes był dobrym miesiącem. Poznała całą masę nowych znajomych i była bardzo ceniona i respektowana przez pozostałych członków klubu pojedynków. Jak do tej pory jeszcze z nikim nie przegrała, a pojedynkowała się dosyć agresywnie. Ona sama i David, doskonale wiedzieli, że stać ją na wiele więcej, ale przecież nie będzie pokazywała wszystkich swoich asów, jeśli nie ma do tego potrzeby. Do tego ciągle chodziła od teraz na mecze i treningi polo, ponieważ Vivanne dostała się do drużyny co oznaczało, że jeśli przegapi choć jeden trening bez wyraźnego powodu, nie będzie miała życia. Nawet głośna i buntownicza Olive ucichła. W zasadzie, to prawie jej nie widywano. W pokoju była tylko rano, a na resztę dnia całkowicie znikała. Nikt oczywiście nie narzekał.

W sobotę po południu Agnes umówiła się (,a raczej została zmuszona do zgodzenia się), by wyjść do miasta ze znajomymi. Wszystko organizował David. Stwierdził, że chce mieć co wspominać po tej szkole, albo przynajmniej miło się bawić poza nią, żeby cały czas o niej nie myśleć.

Na początku wpadli do cukierni, aby zjeść pierwszy porządny posiłek. Przynajmniej tak stwierdził George, a nikt nie miał zamiaru wyprowadzać go z błędu. Jedynymi osobami, których nie zdziwiło to jak szybko pochłonął niemal półmetrową drożdżówkę, byli Bradley i Jon. Vivanne zwróciła mu uwagę na temat tego, że jeśli tak będzie się odżywiał, skończy z poważną nadwagą i cukrzycą. Chłopak jednak zaśmiał się i szybko ją uspokoił, że ma szybki metabolizm i dużo się rusza. No i je tak od kiedy tylko pamięta. W końcu zawsze miał słabość do słodyczy. To jednak wcale nie podziałało na nią tak jak powinno. Jeszcze bardziej się zaniepokoiła, ale nie chciała nic mówić. Zdążyła zauważyć, że chłopak jest bardzo charyzmatyczny i choćby użyła wszystkich możliwych argumentów, z całą pewnością to on by z nią wygrał, mówiąc, że mu nic takiego nie zaszkodzi.

Następnie rozdzielili się na krótką chwilę, ponieważ nie wszyscy chcieli iść do tego samego sklepu, a uznali, że nie ma większego sensu chodzić wszędzie razem. Tak więc Josh, Jon, Brad i George poszli do papierniczego, kupić kilka piór i pergamin. George oznajmił, że później mogą go znaleźć u cukiernika. Już w pierwszej klasie został tam mianowany stałym klientem. Shawn, David, Martin i Dale poszli uzupełnić zapasy na przyszłe lekcje alchemii i eliksirów. Agnes naprawdę chciała iść z nimi. Już nawet ruszyła w stronę kuzyna, kiedy czyjaś dłoń przyciągnęła ją mocno z do siebie i tym samym odwróciła w drugą stronę.

- Tym razem pójdziesz z nami - oznajmiła stanowczo Danielle. - Ostatnio, kiedy wracałaś z nimi, wszyscy uważaliśmy, że jesteście martwi. Przejdziesz się z nami i zrobisz coś mniej niebezpiecznego. Pójdziesz z nami do sklepu i wybierzesz sobie coś na zimowy bal.

Agnes stanęła jak wryta. O niczym nie wiedziała, a teraz, gdy to się zmieniło, wcale jej się nie podobało.

 - Uważasz, że to jest mniej niebezpieczne? - spytała. - Być może w moim wypadku. Jeśli macie zamiar zaciągnąć mnie do jakiegoś sklepu... lub co gorsza na bal, mogę wam obiecać, że przed następnym wschodem słońca zaczniecie szukać swoich części ciał po wszystkich dziewięciu wyspach.

Mimo że żartowała, jej twarz pozostawała całkowicie poważna. Jedyna Jennifer chyba nie do końca załapała, ale to raczej dlatego, że nie znała Agnes. Widziała ją może dwa razy w Klubie Pojedynków jak walczyła i teraz czuła, że ma powody, by się jej obawiać. Dopiero gdy Danielle się zaśmiała swoim perlistym i szczerym śmiechem, poczuła że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

- No już, opanuj nerwy - poklepała ją po ramieniu. Agnes ciągle na nią patrzała tak, jakby tamta chciała za chwilę ją związać, zakneblować i wywieść gdzieś daleko, dlatego nadal napisała wszystkie mięśnie. - Pójdziesz tylko z nami do sklepu, żeby pomruczeć jak cudownie wyglądamy i pomóc nosić nam torby.

To wydawało się ją usatysfakcjonować. Nie promieniała radością, ale z całą pewnością też nie planowała już masowego morderstwa. Faktycznie dziewczyny dotrzymały słowa i nawet nie próbowały jej w nic wciskać. Jej zadaniem było po prostu siedzieć i od czasu do czasu dać znać o swojej obecności. Agnes miała dziwne przeczucie, że jednak dziewczyny mogą zacząć coś planować. W końcu Danielle uwielbiała różne tego typu, na Halloween też wszystkich wyciągała.

Następnym miejscem jakie odwiedzili, była stara knajpka, w której mieli zjeść coś na ciepło i napić się gorącej herbaty, lub kawy. Większość stolików była zajęta przez stałych klientów, którzy przyszli napić się piwa, lub innego, mocnego trunku. Nic więc dziwnego, że miejsce miało swój charakterystyczne zapach. Ich grupa była spora, bo liczyła dwanaście osób. George, Jon Mears i Bradley Head, który był kapitanem drużyny polo w klasie "A", mieli po osiemnaście lat i byli w ostatniej klasie. Josh Holt miał siedemnaście lat i siostrę, Jennifer, która dopiero co zaczęła naukę. W wieku Davida był tylko Shawn. Oprócz nich, była reszta grupy, Martin, Dale, Agnes, Danielle i Vivien.

Usiedli przy największym stole, zaraz przy oknie i dobrali sobie jeszcze cztery krzesła. Z gramofonu leciała dość skoczna, wesoła piosenka, popularny typ muzyki dla takich miejsc. Muzyka zgrywała się z pokrzykiwaniem pijanych mężczyzn i głośnym śmiechem nietrzeźwych kobiet. Głównie dlatego, było tu ciepło i wesoło. To miejsce miało swój urok i George spisał każdego zamówienie i wykorzystał najmłodszą Jennifer, do złożenia go. Oczywiście dąsała się, ale sama bardzo chciała się czegoś napić, więc stwierdziła, że im szybciej pójdzie, tym lepiej i dla niej. Uznała, że nie będzie zwracać uwagi, na pełne pożądania spojrzenia zapijaczonych starców. Nie był to już z resztą pierwszy raz. Pamiętała, jak kilka tygodni temu, miała miejsce podobna sytuacja, choć wolała o tym nie wspominać nikomu, wiedząc, jak porywczy jest jej brat.

Doszła do barku i zamówiła dwa piwa, cztery gorące czekolady i cztery herbaty, płacą od razu. Była wyraźnie zmieszana. Spojrzała raz niepewnie za siebie i zrezygnowana, odwróciła głowę. Zaklęła pod nosem, po czym posłała wymuszony uśmiech barmance, która podała jej przez ladę zamówienie. Oznajmiła, że na piwa musi poczekać, ponieważ dopiero przywieźli świeży kubeł. O tej godzinie, w soboty, zawsze trzeba było na nie czekać.

Z ogromną tacą, bojąc się, aby o nikogo się nie potknąć i aby niczego nie rozlać, przeszła balansując do stolika pełnego znajomych. Wywołała tym samym szeroki uśmiech na ich twarzach, ponieważ każdemu chciało się pić. Tylko Vivanne i Martin niczego nie chcieli. Sama też się ucieszyła, że przez moment nie będzie musiała zwracać uwagi na te beznadziejne spojrzenia. W sumie to już nawet o nich powoli zapominała.

- A ty Vivien? - spytał Brad. - Nie uważasz, że nasz program w szkole jest raczej beznadziejny? Nie czuję się dużo bardziej wyedukowany, niż w momencie, kiedy pierwszy raz przekroczyłem bramy tej szkoły.

- Z cała pewnością - oznajmiła. - Gdyby twój zakuty łeb, przyswajał chociaż jedną ósmą informacji, które tak intensywnie starają się w ciebie wbić nauczyciele, może i czułbyś się nieco mądrzejszy. Ale przecież dla ciebie szkoła nie oznacza nauki, prawda? - spytała na koniec słodko.

- Do niektórych zajęć się naprawdę przykładałem - odpowiedział lekko obrażony. Dobrze wiedziała, że teraz zacznie się z nią droczyć. - Na przykład profesor Ranulfr mnie uwielbia. Nauczycielka King także, od początku wróżyła mi karierę kapitana "Diabłów z Gór".

- Bo wszyscy, którzy nadawali się u was na kapitanów, odeszli trzy lata temu - zakpiła, czemu akompaniował śmiech wszystkich przy stole. Brad już wiedział, że to zdrajcy, jak oni mogli...

- Jestem bardzo ciekawy, jak ty będziesz grała - zmrużył oczy.

- David już nie może się doczekać, żeby mnie pokazać na boisku - odgryzła się. - Czeka was sporo porażek w tym roku.

Davidowi spodobał się temat, więc chętnie go podjął.

-  Owszem, to fakt. W tym roku was zmiażdżymy, wybacz Brad, musisz się z tym pogodzić - odpowiedział, ciągle się głupio uśmiechając.

George zaśmiał się jeszcze głośniej.

- Chyba lubię tą waszą młodą kujonkę. W sumie to lubię wszystkich, który dogryzają Bradowi - wyszczerzył zęby.

Bradleya oczy zmieniły się w jeszcze węższe kreski.

- Zdrajca - mruknął. - Zapłacisz mi za to.

Jennifer wyjrzała ponad głowy.

- Wracają już z piwem. Nie chcę tam iść... - mruknęła.

- Ruszaj młoda - zachęcił ją George. Chociaż z jakimkolwiek zachęceniem miało to raczej mało wspólnego.

Odprowadził ją wzrokiem, kiedy wstawała i ruszyła w stronę baru.  Zwrócił uwagę na coś jeszcze i jak się okazało, nie tylko on. Usłyszał poważny głos Josha:

- Nie podoba mi się sposób, w jaki oni na nią patrzą...

- Mi też - opowiedział George.

Patrzyli jak odbiera dwa, wielkie kubły pełne piwa, z których ściekała piana. Już w tym momencie wiedzieli, że dla starych pijaków to za dużo. W jednej chwili, jeden odważył się klepnąć ją w tyłek. Zaskoczona i lekko oburzona ich bezczelnym zachowaniem i tym obrzydliwym gestem, straciła na moment równowagę, przez co piwo z prawej ręki obficie skapnęło jej na dekolt bluzki. Zdążyli jeszcze usłyszeć:

- Może zechcesz zostać naszą kelnerką? - od grubego starca, obrzydliwym tonem.

Wtedy obydwaj poderwali się z miejsc, by szybkim krokiem dojść do Jennifer. George wyrwał z jej rąk dwa kufle i położył je przy najbliższym stole, po czym szybko wyprowadził ją z knajpy. Zauważył, jak dwie dziewczyny szybko się ubierają i biorą jej kurtkę, by zaraz wyjść za nimi.

Josh nie zdążył zrobić awantury. Silna dłoń Dale'a zacisnęła się na jego ramieniu i wypchnęła w stronę wyjścia. Agnes ruszyła w krok za nimi. Zobaczyła przy okazji, jak pewna kobieta zwraca uwagę pijaczynie. Chyba ją to nawet trochę zdziwiło. Nie spodziewała się tego, aby takie zjawiska były tu rzadkością. To przecież najpopularniejsze miejsce na całej wyspie, więc z całą pewnością nie ma dnia bez większej awantury. Po chwili wszyscy z ich grupy kierowali się w stronę wyjścia.



W niedziele Tommy chodził trenować z samego rana. Na początku przebiegł się kilka razy wokół terenu szkoły dla rozgrzewki. Później zaczął robić ćwiczenia siłowe, na rozwój mięśni i dopiero po tym wszystkim, w nagrodę dla samego siebie, pozwolił sobie poćwiczyć strzelanie z łuku. Kiedy szedł pod prysznic, poczuł ból w plecach, który oznajmił go o tym, że będzie miał porządne zakwasy. Po obiedzie miał jeszcze spotkać się z Leo, podobno miał mu coś ważnego do powiedzenia. Leo Hawkins był od Tommy'ego młodszy o rok. Znali się z drużyny polo. Tomy już był w pierwszym składzie, a Leo dopiero niedawno został przyjęty. Dlatego też był już pewien, że będzie chodziło o grę, a że pytań ma na pewno sporo, nie będzie w stanie ich wszystkich zadać podczas śniadania. Pewnie by miał, gdyby Tommy spędzał tam chociaż nieco dłużej, niż pięć minut. Przeważnie wyglądało to tak, że robił sobie kanapki, a kiedy zostawała mu ostatnie, zmywał się ze stołówki, zająć się innymi, ważniejszymi sprawami. W sumie teraz też powinien się uczyć. Nie był kujonem, ani rodzice go nie zmuszali do nauki. Zawsze obierał sobie dane tematy z różnych przedmiotów, które go interesowały i wtedy zaczynał się uczyć. Dlatego najlepiej z przedmiotów teoretycznych szła mu historia. Poza tym kładł nacisk na wszelkie zajęcia sprawnościowe. No i nie był zły z teorii magii. Reszta przedmiotów szła mu zupełnie przeciętnie.

Po obiedzie wyszedł na zewnątrz. Tam właśnie spotkał Leo. Chłopak był bardzo podekscytowany, ale nie można powiedzieć, aby był w pozytywnym nastroju. Był mocno zaniepokojony i Tommy'emu wydawało się nawet, że wyczuwa pośredni strach. Zmarszczył brwi, a na jego czole pojawiła się zmarszczka. Wiedział jedno - o polo nie chodziło.

- Co jest? - spytał, zadzierając głowę i chowając ręce do kieszeni. Dni był coraz chłodniejsze, a on oczywiście zapomniał o tym, że ma przecież rękawiczki. Nie był to wielki problem, ale jego ręce odruchowo sięgały do kieszeni, kiedy było nieco zimniej. Wiedział, że musi się jak najszybciej tego oduczyć, ponieważ nie jest do dobry nawyk. Gdyby nagle stało się coś, co wymagałoby interwencji, wyjmowanie rąk z kieszeni zajęłoby mu wieki.

- Natknęliśmy się... - nie bardzo wiedział jakiego określenia chce użyć. - Na to wczoraj z Chrisem, jak wracaliśmy z miasteczka. Nie mieliśmy pojęcia komu o tym powiedzieć, a ty po prostu wydałeś się do tego najbardziej odpowiednią osobą – ciągle był niepewny. Tommy uważnie mu się przyglądał, ale nic nie mówił. Zastanawiał się, jak to możliwe, że tylko oni to zauważyli, skoro zobaczyli TO wracając z miasteczka. Skoro było to po drodze, chyba każdy mógł zwrócić na to uwagę. Chyba, że zapuścili się w las.

Nie ukrywając swojego zdziwienia, ruszył za kumplem w stronę bramy. Od kiedy zobaczył minę Leo, ta cała sprawa już mu się nie podobała. Wiedział, że gdyby tylko spytał, co to jest, usłyszałby odpowiedź. Jednak nie pytał. Nie chciał.

Ze względu na to, że przez cały weekend bramy szkoły były otwarte, nie musieli się trudzić z wydostawaniem poza teren szkoły. Chociaż Leo znał Tommy'ego i wiedział, że dla niego to nie byłby duży problem. Chłopak znał dużo tajnych przejść w szkole, żeby nie powiedzieć, że wszystkie. W pierwszej klasie spędził sporo czasu na chodzeniu po budynku i wynajdował takie sale i korytarze, o których nikt nie miał pojęcia. Albo wiedziały o nich nieliczne osoby.

Szli główną drogą w stroną miasta może koło pięciu minut. Później Leo zboczył w las. Tak jak Tommy myślał. Zapuścili się tutaj. Ale co ich do tego skłoniło? Może ktoś chciał, żeby to zobaczyli i rzucił na nich zaklęcie, które zmusiło ich do skręcenia? Postanowił, że spyta później.

Zaciągnął się świeżym, żywicznym zapachem lasu. Z rozbawieniem przyglądał się Leo. Bardzo nieumiejętnie chodził po lasach, ale zdążył zauważyć to w zeszłym roku. Jednak mimo to, nadal obserwowanie kolegi, było dla niego niezastąpioną rozrywką. Chłopak stąpał po wszystkich gałęziach, jakie były mu po drodze. Wyczulone uszy Tommy'ego zdawały się kurczyć, pod wpływem tego hałasu. On sam w wieku pięciu lat nauczył się chodzić po lesie tak cicho, by było to przydatne do polowania na zwierzynę, bądź zakradanie się do kogoś od tyłu. Oczywiście wszystkiego nauczył go ojciec, który był Łowcą. Tommy nie pamiętał już ich ostatniego spotkania. Jamesa praktycznie wcale nie było w domu. Czasem nawet nie udawało mu się wrócić do domu na święta. Był wyjątkowo zapracowanym człowiekiem. Żył swoją pracą i uwielbiał ją.

Nagle wyczuł w powietrzu nowy zapach, jednak znany równie dobrze, co ten, jaki towarzyszył księgarni na rogu w Everelandzie.

Zapach zgnilizny.

Im dalej szli, tym zapach stawał się intensywniejszy. Leo dopiero teraz go wyczuł, bo nagle się zakrztusił. Tommy z rozbawieniem pomyślał, że chłopak w lesie sam nie przeżyłby dnia. Inna myśl jednak hamowała jego dobry humor – niewątpliwie kierowali się w kierunku tego cholernego smrodu.

Niedługo po tym już widział cel ich wyprawy. Było to jakieś zwierzę, powieszone na drzewie. Mocno go to zaskoczyło, ale przecież takie rzeczy zdarzały się notorycznie. Dalej nie był w stanie rozpoznać kształtu. Leo odwrócił się przerażony, by sprawdzić reakcję, kroczącego za nim przyjaciela. Tommy chyba rozumiał. Czy to był jeden z tych potworów? Nie wiedział. Danielle mu powiedziała, że wybili już wszystkie. Wiedział jedno na pewno – był powieszony za nogi, głową do dołu.

Kiedy był kilka metrów od ofiary, już wiedział co widzi.

Na drzewie, zawieszony był człowiek.

- O Boże - szepnął przerażony i zdziwiony. Czuł, że za chwilę ten ogór go udusi.

Trup miał poderżnięte gardło.  Twarz nieszczęśnika wykrzywiona była w spaźmie bólu. Tommy nie przyglądał mu się dłużej niż trzy minuty, ale był w stanie dokładnie opisać jego wywrócone białka i każdą kroplę krwi na jego twarzy. A niemal cała jego twarz była we krwi.

Ciało musiało gnić już od co najmniej trzech dni. Wszelkie robactwo zdążyło się nim zainteresować, ale co dziwne, żadne zwierzę. Nieboszczyk był w jednym kawałku, nie było tu nigdy żadnych padlinożerców. Wnętrzności nie były na zewnątrz. Tommy;emu zachciało się śmiać, kiedy uświadomił sobie, że najbardziej z tego wszystkiego nie obrzydza go widok trupa na drzewie, z poderżniętym gardłem, ale to, że widzi jak dżdżownica penetruje nozdrza, zamordowanego mężczyzny.

Dopiero ten widok kazał mu się odwrócić i spojrzeć na Leo. Teraz żądał wyjaśnień. Zaczął się jednak cofać w stronę zamku, czemu jego przyjaciel nie protestował. Ten smród był nie do zniesienia. Leo zaczął drżącym głosem.

- Szliśmy z Chrisem... - zrobił sobie krótką przerwę na podbieranie myśli. Nowy wątek zaczął już pewniej. - David powiedział nam, że jak uciekali przed tymi potworami, to trafili na jakąś leśniczówkę. No, ale nie udało nam się do niej trafić.

Tak, tego ostatniego Tommy się już domyślił. Pewnie zaraz po tym, jak domyślili się, że idą w stronę trupa, uciekali ile sił w nogach, nawet nie patrząc, czy ten drugi nadal jest z tyłu, ale martwiąc się tylko o siebie, aby jak najszybciej oddalić się od tego, co widzieli.

- Czemu on był powieszony do góry nogami? - zastanowił się Leo.

Na Tommy'm również zrobiło to spore wrażenie. Bardzo mocno to nim wstrząsnęło. Jednak on potrafił zatrzymać zimną krew i zapanować nad swoim drżeniem głosu.

- To stary obyczaj - wyjaśnił. - Zdrajcę lub dezertera wieszano głową do dołu, by spoglądał w stronę piekła - wyczytał to w jakiejś starej książce, która opisywała historię wierzeń ludzkich. Byli już na głównej drodze i szli w stronę zamku. Odchrząknął i przełknął ślinę. - Zrobimy to tak. Ty pójdziesz do dyrektora i opowiesz mu o wszystkim, a ja napiszę do ojca. Powinno go to zainteresować. Na pewno tu kogoś przyśle – Tommy znał prawie każdego Łowcę. Często wyjeżdżał z ojcem, algo zostawał w Instytucie, szkoląc się i poznając znajomych taty.

- Tak? - spytał kpiąco Leo, - I co mu powiem? Że znaleźliśmy trupa w lesie?

Tommy chwilę pomyślał, a później powoli pokiwał głową.

- Tak, dokładnie tak powiesz - odpowiedział poważnie. - Powiesz, że poszedłeś ze mną do miasteczka, ale chcieliśmy zobaczyć tą cholerną leśniczówkę, ale zgubiliśmy drogę i natrafiliśmy na trupa. Z początku, nie poznaliśmy, że to człowiek, więc ciągle się zbliżaliśmy. Możesz pozmyślać kilka szczegółów, ale nie przesadź. Dyrektor nie będzie zły, że piszę do ojca. Wie, że szybciej odpowie na mój list, niż na jego wezwanie. To nie będzie taka zła wymówka. Poza tym, nie naginamy aż tak prawdy.

Faktycznie, Leo pomyślał, że nie brzmiała tak absurdalnie, jak poprzednio, w jego głowie. Nie zmieniało to jednak tego co myśli, na temat tego, w jakim bagnie się właśnie znajdował. To my się nie podobało jeszcze bardziej, niż ten cuchnący trup.

- Ja pieprzę! - fuknął wściekle. - Po jakiego diabła ja cię tu zaciągnąłem?

- Nie bądź taki zły na siebie - odpowiedział, czując, że zaraz z ust kolego poleci ostra wiązanka. - Być może to dzięki tobie dowiemy się wcześniej o jakiejś ważnej sprawie.

W głowie Leo zapaliła się jakaś żarówka, odpowiedzialna za stwierdzenie: „rzeczywiście”. Nie był osobą głupią, ale teraz też z pewnością nie był sobą. Czuł się przerażony i bezradny, jak dziecko, które podczas zakupów w mieście, zgubi swoich rodziców. Tak, to było najlepsze odzwierciedlenie tego, jak się czuł. Bezradny, wobec jakiegoś większego planu.

Tommy natomiast tego tak nie okazywał. Zachowywał się pewnie, tak, aby kolega mógł znaleźć w nim oparcie. No i do tego nadal krążyła w nim adrenalina. Uwielbiał to uczucie.

Weszli jeszcze razem do budynku szkoły. Późno się rozdzielili, ponieważ poczta była w pobliżu gabinetu dyrektora. Tommy rzadko pisał do ojca. Wiedział, że chciałby dostawać częściej listy od syna, ale nie mógł mu przeszkadzać w pracy. Ta sytuacja, ewidentnie nakazywała mu tym razem to zrobić. Ciekaw był, co mu odpisze. Nigdy wcześniej nie słyszał o takich przypadkach. Oczywiście poza czasem wojny, kiedy było to na porządku dziennym.

Wyciągnął szufladę i zabrał jedną kartkę pergaminu. Położył go na stole i wziął pióro do ręki, zaczynając od przeproszenia, że zajmuje mu czas, ale sprawa może go zainteresować. Dalej nie zastanawiał się nad tym co pisze, tylko przeczytał list na koniec i wysłał swojego kruka, prosto do ojca.

Wyszedł z pomieszczenia i zastanowił się, co powinien teraz zrobić. Odpowiedź sama do niego przyszła.

- Dzień dobry - Danielle promiennie się do niego uśmiechnęła. Była z tą swoją koleżanką, którą zdążył już poznać, Agnes. Wyraźnie zachęcała go, by przeszedł się z nimi. Widziała też zakłopotanie na jego twarzy, którego jeszcze nie zdążył schować.

- Cześć mała - Tommy uśmiechnął się delikatnie. Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak to na nią działało.

- Och, zapomniałam - zakłopotała się. - Agnes, to jest Tommy. Tommy, to Agnes.

No tak... Przecież oficjalnie się nie znali. Tommy, jak nakazywała kultura, wyciągnął rękę jako pierwszy, ale nie posłał jej spojrzenia, świadczącego o porozumieniu. Ona też tego nie zrobiła. Był to jeden z tych mniejszych gestów, przez które ją szanował i nawet polubił. Nie byłą głupia.

- Powiesz mi o co chodzi? - spytała Danielle. Nie liczył na to, że zapomni. Nigdy nie zapominała, jeśli chciała coś od niego wyciągnąć.

Tommy rozejrzał się dookoła i ruszył do przodu, dając im znak, że wolałby im to powiedzieć w drodze. Ściszył ton głosu i powiedział powoli i poważnie:

- Znaleźliśmy trupa w lesie.

Mina Danielle świadczyła o tym, że nie wierzy. Jednak gdy się nie roześmiał, zmarszczyła brwi i przyjęła do wiadomości, że usłyszała prawdę. Agnes się zamyśliła. Dziewczyna znała już tą miną. W tym momencie łączyła fakty. Jednak nic jej to nie dało. Nie znała żadnej sytuacji, dla której teraz to, mogłoby być ciągiem dalszym. Zrezygnowana popatrzyła na wysokiego chłopaka.

- Nie wiemy nic... Wisiał tam już od około trzech dni, tak zga...

- Wisiał? - przerwała mu Agnes. - Samobójstwo?

Tommy pokręcił głową.

- Wykluczone. Wisiał głową do dołu i miał poderżnięte gardło.

Danielle wciągnęła nerwowo powietrze i zasłoniła usta dłonią, jakby właśnie zobaczyła na środku drogi potrąconego szczeniaka. Tommy obserwował ją zaniepokojony. Nie powiedział jej za dużo? Agnes natomiast jeszcze głębiej się zastanowiła.

- Pokaż mi go - zażądała nagle, co zdziwiło wszystkich. Danielle już chciała coś powiedzieć na ten temat, ale Tommy ją uprzedził.

 - Leo już spowiada się dyrektorowi. To on z Chrisem wczoraj go znaleźli. Chcieli znaleźć tą leśniczówkę. Nawet gdybym chciał, nie zdążylibyśmy przed nimi.

Agnes uśmiechnęła się pod nosem. A więc już byli sławni?

- Znając życie, zanim oni coś stwierdzą w tej sprawie...

- Napisałem do ojca - powiedział, wyczuwając, że dziewczyna nadal będzie go namawiać.

To zdało się ją przekonać. Nie wiedziała kim jest jego ojciec, ale miała swoje podejrzenia. Poza tym, skoro to był dla niego taki argument, to oznaczało, że pewnie szybko się tym zajmie i to w dodatku ze skutkiem.

- Dlaczego głową do dołu? - spytała samą siebie pod nosem.

Tommy to usłyszał i zachciało mu się śmiać, kiedy uświadomił sobie, że tylko on coś wie na ten temat. Powtórzył jej to samo, co powiedział Leo, gdy wychodzili z lasu. Dla Agnes były to nowe informacje i zawężało to jej grono możliwych morderców.

- Muszę iść do biblioteki - rzuciła zawracając. Usłyszała tylko za sobą głos Danielle: "Ona tak zawsze".

Musiała coś znaleźć na ten temat. Napisze do taty, może on też coś wie. Powie Davidowi, albo Dale'owi, nieważne, zależy na którego wcześniej wpadnie. Uwielbiała takie zagadki. Może nie zdawała sobie jeszcze z tego sprawy, albo nie chciała się do tego przyznać, ale lubiły dowiadywać się o nowych zdarzeniach i uczyć się nowych, przydatnych rzeczy, próbując rozgryźć jakąś sprawę, a szło jej to zazwyczaj nie najgorzej. Dobrze łączyła fakty, dlatego się do tego nadawała.

Tego dnia przegapiła też trening Vivanne.

W bibliotece poszukała czegoś na temat religii, bo wiedziała, że to musi mieć z tym związek. Przynajmniej w takiej sytuacji, jeśli się oprzeć na wiedzy Tommy'ego. Bibliotekarka po raz kolejny dziwnie się na nią spojrzała. Agnes poczuła się, jakby wyznawała kult diabła, czy coś w tym rodzaju. Spakowała ciężką książkę do torby, a drugą, którą wzięła przez zupełny przypadek, trzymała w ręku i zaczynała czytać interesujące ją hasła. Czytała ją w czasie, kiedy szła napisać do ojca. Jego zasób wiedzy był praktycznie nieograniczony, więc na pewno wiedział coś, co pomogłoby jej. Oczywiście całą historię jakoś okroi, nie napisze mu całej prawdy. Nie będzie mu teraz zawracać głowy. Przecież była już niemal mistrzem w ściemnianiu, robiła to przez całe życie.

Idąc, wpadała na różne osoby. Co chwilę kogoś przepraszała. Pomyślała, że oni też mogliby ją omijać, skoro widzą, że ona sama na nich nie patrzy. Oczywiście jak zawsze - brak zrozumienia z drugiej strony...

Napisała krótki, treściwy list i chwilę później była już w pokoju. Nikogo nie było w środku. Może to nawet lepiej. Uniknie tych wszystkich pytań. Kiedy otworzyła swoją małą książkę, pierwsze na co zwróciła uwagę, to własne paznokcie. Jeszcze sporo im brakowało do przeciętnej długości. Do tego było mocno postrzępione i miała wrażenie, że dwa z nich zupełnie odpadną w najbliższym czasie. Zacisnęła rękę w pięść, by nie musiała na nie patrzeć. Zajęła się książką i odszukała stronę na której skończyła. Czytała tylko interesujący ją dział: wykonywane kary śmierci w naszej historii. Oczywiście wszystko było tu skrócone, ale przecież właśnie o to jej chodziło. Na początku powinna poznać różne hasła, a dopiero później dociekać do szczegółów. Nagle rzuciła książkę na łóżko i sięgnęła do swojej torby po pióro i kartkę, by mieć na czym notować.

Od lektury oderwała się pół godziny później. Bardziej wzbogaciła swoją wiedzę na temat kar średniowiecznych, niż tego, co rzeczywiście ją interesowało. Odłożyła małą książeczkę do torby i wzięła ciężką księgę. Wkładając do niej kartkę z notatką, którą należało teraz uzupełnić. Westchnęła ciężko i zabrała się do roboty.

Tym razem wyczytała znacznie więcej. O wieszaniu wiedziała już niemal wszystko. Nawet zapisała sobie na kartce długości sznura, jakie obowiązują przy danej wadze skazańca. Wątpiła by kiedykolwiek jej się to przydało, ale mimo wszystko zapisała sobie ten i różne inne, podobne szczegóły. Znów schowała nos w książce, przekręcając głową tak, żeby usłyszeć strzelanie karku.

Wtedy otworzyły się drzwi i zobaczyła w nich Vivanne.

- Znowu z książką? - spytała zadowolona. - Myślałam, że to ja się za dużo uczę.

Agnes ziewnęła. Zamykając głośno swoją książkę. Schowała ją pod poduszkę. Oczywiście, że nie chodziło o to, żeby ją schować. Do tego celu wysiliłaby się bardziej. Nie była aż tak mało kreatywna. Po prostu nie chciała, żeby była na widoku, ale musiała być pod ręką. Na takie informacje zawsze musi mieć czas.

- Bo uczysz się za dużo - wytknęła jej Agnes. - Ja po prostu... przyswajam informacje, które są teraz całkiem istotne.

Vivanne wyraźnie chciała się roześmiać i spytać o czym mówi, ale nie zrobiła tego. Wiedziała, że gdyby Agnes chciała jej powiedzieć o co chodzi, zrobiłaby to wprost, a widziała, że wcale nie chce. W porządku. Za kilka dni jej pewnie powie.

- Idziesz na kolację?

Agnes zaśmiała się głośno.

- W życiu nie opuściłabym żadnego posiłku.

To też był fakt. Najbardziej mógłby potwierdzić go David. Dziewczyna jadła tyle co on, o ile nawet nie więcej. Przy tym tak samo jak on spożytkowywała swoją energię. Wszystkich przerażało to, że je jak przeciętny mężczyzna, kiedy wcale nie była wysoka. A ruszała się tak dużo, że nadal miała szczupłą i wysportowaną sylwetkę. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak inne dziewczyny jej zazdroszczą. Pewnie gdyby to usłyszała i tak nic by sobie z tego nie zrobiła. Rzuciłaby tylko coś w rodzaju "sport nie boli" i zajęła się swoim życiem.

Dlatego jak najszybciej zeszła po schodach do stołówki zaraz za Vivien.

Podchodząc do stolika, przy którym zawsze siedziała ich cała grupa, zauważyła, że tym razem znalazł się tam i Tommy. Pierwszy co przyszło Agnes do głowy, to to, że już wszyscy już wiedzą o trupie w lesie. Jednak jak się później okazało, ten fakt rozpowiedział David, który dowiedział się od Christophera Jonesa, który był od niego o rok starszy. Tommy w tym momencie był poddawany torturom, znanym powszechnie jako "wyciąganie informacji ze szczegółami". Agnes uśmiechnęła się do niego dobrotliwie, podbierając krzesło ze stolika obok i zajmując miejsce zaraz przy jego lewej stronie.

- Jest jeszcze coś czego nie wiedzą? - spytała.

David zmrużył gniewnie oczy.

- Ty! - fuknął wściekle. - Ty o wszystkim wiedziałaś!

- Oczywiście, że wiedziałam ty zidiociały bałwanie. Zawsze dowiaduję się wszystkiego przed tobą - odpowiedziała z ogromnym spokojem. Wiedziała, że w tym momencie zabija go swoim brakiem ekscytacji. Zaczęła sobie nalewać herbaty i zastanawiała się, co teraz nałożyć na talerz. Wybór był spory... Popatrzyła na Martina, który po drugiej stronie stołu robił całe mnóstwo kolorowych kanapek. Dawno nie widziała, żeby ktoś się tak starał, przy tak zwyczajnej czynności.

- Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć?

Agnes zdecydowała się na ogromnego omleta. Podobne robił jej ojciec w dzieciństwie. Teraz takie same robiła ona jemu.

- Nie wpadłam na ciebie.

David patrzył na nią jak wryty.

- A ty myślisz, że co było pierwszą rzeczą, którą zrobiła, kiedy się o tym dowiedziała? - spytała Danielle, jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. - Poleciała jak głupia do biblioteki. Dam sobie rękę uciąć, że po drodze wpadła też na pomysł, żeby napisać do ojca, albo kogokolwiek ze znajomych, kto może wiedzieć cokolwiek na ten temat.

Tym razem przyglądał jej się Dale. On również wcześniej patrzył na przyjaciela siedzącego obok, który z wielką pasją pokrywał swoje kanapki grubą warstwą dżemu malinowego.

- I?

- Co "i"? - spytała zupełnie nie rozumiejąc. Właśnie kroiła swojego omleta na kawałki. Choć nie ukrywała zazdrości, patrząc na talerz Martina.

- Czego się dowiedziałaś? Skoro nie natknęłaś się na nikogo z nas przez cały ten czas, zakładam, że siedziałaś z książką.

Agnes omal nie upuściła widelca. Czy była aż tak przewidywalna?

- Niewiele. Czytałam tylko na temat kar w średniowieczu. Wiecie, że cudzołożnice w tamtym czasie, w wymiarze kary za niewierność, sadzano okrakiem na metalowej piramidzie, dokładając jej do nóg ciężary? W ten sposób zwyczajnie ją rozrywano - cały czas mówiła zupełnie zwyczajnie, jakby rozmawiała o pogodnie. Kiedy skończyła, znów zabrała się za jedzenie.

- Nie jestem taki pewien, czy moje kanapki nadal wyglądają tak samo dobrze, jak dwie minuty temu - mruknął patrząc na swój talerz, jak dziecko na nową zabawkę, która okazała się nie spełniać wszystkich oczekiwań.

- Ale jesteś słaby - wyśmiała chłopaka. Na nią takie rzeczy nie działały.

- Wiesz... to dość obrazowa wizja.

- Jak nie będziesz tego jadł, możesz mi dać.

Martin bez zastanowienia podał jej swój talerz z kolorowymi kanapkami. Przechwyciła go zadowolona i położyła zaraz obok swojego. David z cudem powstrzymał się od rozdziawienia ust z podziwu, dla zdolności manipulacyjnych kuzynki.

- Ty kretynie! - zbeształ przyjaciela. - Ona to powiedziała specjalnie!
   
Martin tylko wzruszył ramionami.

- Teraz to już nie będę w stanie nawet patrzeć na dżem malinowy.